13

Ludzie mają dzieci. Przyzwyczajcie się do tego, czyli rozmowa z Agnieszką Graff o macierzyństwie i polityce

Okładka "Matki feministki", Wydawnictwo Krytyki Politycznej, 2014

Okładka „Matki feministki”, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, 2014

boska matka: Jesteś pierwszą osobą, którą zainteresowało, czy będę miała z kim zostawić Mikroba, gdy spotkamy się na wywiad. I pierwszą znaną mi autorką troszczącą się, by na promocję jej książki mogli przyjść rodzice z dziećmi

Agnieszka Graff: Zadbałam o to ze względów symbolicznych i praktycznych – sama mam przyjaciółki z maluchami, które tylko dzięki temu mogły przyjść. Obawiam się, że to nie będzie powtarzane, bo wymagało ogromnej mobilizacji i w pierwszej chwili wywołało zdumienie. Ale odkąd jestem mamą Stasia, czyli od pięciu lat, mam poczucie, że musimy od tego zacząć. Musimy na tym praktycznym poziomie dopuścić do świadomości fakt, że ludzie mają dzieci.

I dlatego też twoja książka jest w formacie, który ma się dobrze czytać np. na placu zabaw

Felieton to dobra długość do piaskownicy. Oczywiście od pewnego etapu, bo dwulatka nie można spuścić z oka nawet na sekundę, ale już przy czterolatku udaje się poczytać.

To jest właśnie ten rodzaj empatii, której brak jest, moim zdaniem, jednym z najważniejszym tematów „Matki feministki”. Ale o tym później. Teraz  spróbuję cię naciągnąć na osobistą wycieczkę, choć wiem, że nie chcesz, żeby twoja książka była odczytywana jako spowiedź Agnieszki Graff. Czego nowego dowiedziałaś się o sobie i o życiu dzięki temu, że zostałaś mamą Stasia?

Moje macierzyństwo jest o tyle szczególne, że było bardzo długo wyczekiwane i też bardzo późne. Ale każde macierzyństwo jest doświadczeniem głębokiej ambiwalencji- uświadomieniem sobie, że nie ma jednej prostej opowieści. Że nie jest tak, że tylko kocha się dziecko, albo tylko jest się tym dzieckiem zniecierpliwionym, choć pewnie są takie kobiety, często matki wielodzietne, które są macierzyństwu całkowicie oddane i nigdy nie mają na ten temat wątpliwości. Albo kobiety, które nigdy nie chciały mieć dzieci. Ale ja takich kobiet znam bardzo niewiele. Ogromna większość z nas przeżywa nieustanne rozdarcie. Dwoistość, która nie oznacza wcale, że nie wiesz, czego chcesz. Oznacza, że chcesz dwóch sprzecznych ze sobą rzeczy jednocześnie. Ambiwalencja w psychologii to nie jest choroba, przeciwnie- umiejętność poradzenia sobie z ambiwalencją jest oznaką dojrzałości. Rodzicielstwo jest pełne ambiwalencji, dlatego że jest doświadczeniem bardzo głębokiej więzi, z której nie można uciec.

Można, można…

Ale uciekając od więzi, uciekasz od rodzicielstwa, więc jeśli chcesz być rodzicem naprawdę, to musisz się tej więzi poddać, a ona jest źródłem wielkiej przyjemności i satysfakcji, ale też wielkiego bólu. Dlatego, że wraz z nią nie oddalasz się do końca od bardzo ludzkiego pragnienia odrębności, wolności. I to w ogóle, moim zdaniem, jest centralne pęknięcie człowieczeństwa, choć nie twierdzę wcale, że rodzic jest bardziej człowiekiem niż nie-rodzic. Twierdzę, że w rodzicielstwie to pęknięcie się bardzo głęboko ujawnia i budzi wewnętrzny sprzeciw, bunt, potrzebę jednoznacznej opowieści. I widzę, że w Polsce ta jednoznaczna opowieść- która jest moim zdaniem pułapką, bo jest nieprawdziwa, choć jest jakoś kojąca-  została nam dana przez bardzo konserwatywny dyskurs. Dyskurs, który mówi- podzielimy się rolami: mężczyźni będą autonomiczni i będą działać na rynku, a kobiety będą głęboko zanurzone w więzi i będą całkowicie oddawać się opiece nad dzieckiem. I to z wierzchu brzmi fajnie, ale jak współczesne kobiety próbują się dopasować do tego obrazka, to to się wiąże z ogromnym pomieszaniem i frustracją. Moja książka jest próbą powiedzenia, że jest inna opowieść: o nowoczesnej kobiecie, która nie chce rezygnować z pracy i niezależności, a jednocześnie poważnie traktuje macierzyństwo.

Ja mam poczucie, że takich kobiet jest bardzo wiele. Większość tych, które znam. Są nowoczesne”- w sensie wykształcone, niezależne, ambitne, a jednocześnie traktują swoje macierzyństwo bardzo serio, decydują się na nie po namyśle, chcą się nim cieszyć i także w nim realizować. Ale niewiele z nich mówi o sobie „feministka”. Dla nich jednak te dwie tożsamości się kłócą.

Ja próbuję tę opozycję przełamać zaczynając już od tytułu książki. I chcę, żeby ta książka była traktowana jako próba połączenia tych tożsamości, a nie ich przeciwstawienia. Ale oczywiście to się nie całkiem udało.

Bo antyfeminiści uznali, że składasz samokrytykę i zapisujesz się do „zdrowych polskich kobiet”, a część twoich sióstr-feministek z pierwszego szeregu uznała, że odjęło ci rozum i jesteś już dla ruchu kobiecego stracona. Ale setki kobiet, które piszą i do ciebie, i do mnie, przejrzały się w „Matce feministce”. Zobaczyły w niej opowieść o swoim życiu.

Ja się rozbiłam o tę samą rafę, o którą rozbijają się kolejne pokolenia kobiet próbujących tę sprzeczność pogodzić. Żyjemy w patriarchalnej kulturze, która wykorzystuje macierzyństwo jako bicz na niezależność kobiet. Przekaz kulturowy jest taki: masz prawo sobie być niezależną, wolną dziewczynką, nawet chłopczycą i możesz przez chwilę sobie poszaleć. Ale jak już zostaniesz matką, to wtedy do ciebie dotrze, czym jest prawdziwa kobiecość- otóż jest ona zniewoleniem. I z tego przekazu, który jest moim zdaniem zakłamaniem kobiecego doświadczenia, ale jest bardzo silny, wynika przeciwstawienie macierzyństwa feminizmowi i tzw. „zwyczajnych kobiet”- feministkom. Tymczasem jest mnóstwo kobiet, które nie uważają się za feministki, ale myślą i mówią to samo, co my: kobiety mają gorzej i to się musi zmienić.

W mojej książce chodzi o uświadomienie sobie złożoności sytuacji matek, wpisanej w ich los ambiwalencji, sprzeczności. Macierzyństwo to jednocześnie siła kobiet i źródło ich udręki. Takie złożone prawdy często spotykają sę z lekceważeniem, wręcz wrogością, zwłaszcza gdy dotykają z jednej strony władzy, a z drugiej emocji. Z murem niezrozumienia zderzyła się też najważniejsza książka feministyczna na temat macierzyństwa- przepiękna i niezwykle poruszająca „Zrodzone z kobiety. Macierzyństwo jako doświadczenie i instytucja” Adrienne Rich. Ona jako pierwsza starała się opisać i upolitycznić tę dwoistość. Czytałam ją dwukrotnie pisząc moją książkę i miałam nadzieję, że uda mi się językiem polskiej codzienności coś podobnego uchwycić.

Bo o macierzyństwie jako doświadczeniu pisze się dużo, a ostatnio to nawet czasem szczerze. O macierzyństwie jako instytucji właściwie się milczy

Doświadczenie macierzyństwa jest trudne, piękne, ale też chwilami straszne i niezwykle intymne. Jest przy tym bardzo trudne do ubrania w słowa i właściwie tylko kobiety w tym wczesnym okresie macierzyństwa- takie przynajmniej jest moje doświadczenie- są je w stanie sobie opowiedzieć. I to tylko wtedy, kiedy są naprawdę blisko. Bardzo łatwo jest popaść w ironię, dystansik w stylu: „ludzie zawsze się rodzili i umierali”. To uniemożliwia poważny namysł nad tym, o co chodzi w macierzyństwie. A to jest jednocześnie doświadczenie kobiecej mocy i kobiecego zniewolenia. Z drugiej strony, jest macierzyństwo jako instytucja, a właściwie to, co patriarchalne społeczeństwo z tym doświadczeniem robi. A tam jest m.in. idealizacja rzekomo naturalnej opiekuńczości kobiet, przymus, niesłychanie wygórowane wymagania, którym matki mają sprostać, piętnowanie kobiet, które nie chcą macierzyństwa jeszcze albo w ogóle. Wiele kobiet, które planują i pragną macierzyństwa, jednocześnie zadaje sobie pytanie: czy ja chcę być matką, bo chcę, czy dlatego, że dałam sobie wmówić, że chcę. Ja też je sobie zadawałam.

I czasem naprawdę się nie wie. Granica jest cienka.

To jest ta dwoistość: z jednej strony skomplikowane doświadczenie, z drugiej- patriarchalna ideologia, która macierzyństwo idealizuje, przypisuje kobiecości na stałe, zamyka mężczyznom dostęp do sfery troski i opieki, mówiąc: to jest kobiece, wy jesteście od czegoś innego. Trudno to dobrze opowiedzieć i mało osób ma do tego cierpliwość. Dlatego takie książki są wykpiwane przez konserwatystów, którzy mówią: jak feministka urodziła dziecko, to zobaczyła, że feminizm jest niemożliwy. Co ciekawe, wiele feministek to tak odbiera. Zanim zostałam matką też tak myślałam: feminizm jest od tego, żeby macierzyństwo demistyfikować i żeby otwierać kobietom inne ścieżki. A patriarchat jest od tego, żeby je kobietom wbijać w brzuch.  To jest podział, który wymazuje to wszystko, co jest pomiędzy. Czyli ogromną większość kobiecego doświadczenia.

Ale feminizm, przynajmniej ten mainstreamowy w Polsce, sam wymazał ze swojej agendy prawa i problemy matek. Wolał się zajmować prawem do nie bycia matką- prawem do aborcji.

Feminizm musi zajmować się jednym i drugim. Zakaz aborcji jest faktem –  ma tragiczne skutki dla setek tysięcy kobiet, jest źródłem niepotrzebnego cierpienia i upokorzeń. Nie da się tego tematu pomnąć jeśli się serio traktuje podmiotowość kobiet. Trudno więc się dziwić, że Polski feminizm  poświęcił ogromną ilość uwagi walce o prawo do aborcji i szerzej – prawom reprodukcyjnym. Natomiast mamy prawo się zastanawiać jak to się stało, że stosunkowo późno dostrzegł macierzyństwo. I to nie ja byłam tu pierwsza. Przede mną były m.in. Sylwia Chutnik, Julia Kubisa, Elżbieta Korolczuk. Stało się tak dlatego, że rozwój feminizmu w ciągu ostatnich dwudziestu lat, i to na całym świecie, zbiegł się w czasie z rozwojem neoliberalizmu– ideologii skrajnie indywidualistycznej, w której nacisk kładzie się na autonomię jednostki, wolność wyboru i dyspozycyjność (głównie dla pracodawcy). Drugi powód, i ja tu jestem współwinna, jest taki, że dość długo uważano, że uda się pogodzić feminizm z myśleniem neoliberalnym. To jest błąd- nie da się. Specyfiką XX-wiecznego feminizmu, tej tzw. drugiej fali jest to, że przegrał w większości zachodnich krajów w sferze opiekuńczej. To jest historyczna prawda- feministki w późnych latach 60. domagały się zarówno wydłużenia urlopów macierzyńskich, jak i prawa do aborcji, opieki instytucjonalnej, zasiłków i w ogóle państwa opiekuńczego, a dostały tylko prawo do aborcji. Neoliberalne państwo było gotowe dać kobietom pewną swobodę obyczajową, ale kompletnie nie zamierzało zapewnić im bezpieczeństwa socjalnego.

A teraz feminizm na świecie bardziej zajmuje się matkami? Dostrzega w macierzyństwie również jedną ze ścieżek samorealizacji kobiet, jedną z dróg, którą kobiety mogą chcieć i mają prawo wybrać?

W teorii feministycznej to jest odkrycie na nowo wątku, który kiedyś nazywał się maternalizmem, a teraz nazywa się etyką troski czy love studies. Główną postacią tego zwrotu jest Nancy Fraser, która napisała niezwykle głośny tekst Feminizm, kapitalizm i chichot historii, w którym stawia bardzo kontrowersyjną i bolesną dla feminizmu tezę, że poniekąd przypadkiem, w związku z pewną historyczną koincydencją, przyczynił się on do legitymizacji neoliberalizmu. Ponieważ tak bardzo akcentował wolność kobiet, które faktycznie w latach 50. były straszliwie zniewolone. Rzecz jednak w tym, że postulat wolności został w pewnym momencie przechwycony, zniekształcony i wykorzystany przez wolny rynek przeciwko kobietom. Wyzwolone przez feminizm kobiety zostały natychmiast wessane przez machinę wyzysku. Nagle okazało się, że ta sama kobieta, która ma prawo nie mieć dzieci, już po chwili nie ma prawa tych dzieci mieć. To nie jest wina feminizmu, bo on nie jest motorem historii, tylko jednym z elementów historycznej układanki. Oczywiście feminizm ma różne nurty i są wśród nich takie, które już dziesięć lat temu zajmowały się tą kwestią, ale główny nurt feminizmu (w Polsce jest to Kongres Kobiet) obstawia głównie hasła wolnościowe, a w dużo mniejszym stopniu hasła opiekuńcze.

To jest też kwestia języka, w którym opowiada się o doświadczeniu i instytucji macierzyństwa. Ty w swojej książce bardzo dużo piszesz o tym, co jest moim zdaniem immanentną częścią frajdy płynącej z bycia rodzicem, ale też wartością samą w sobie- o czułości, bliskości. Ty to nazywasz więzią, ja po prostu miłością. Problem polega na tym, że w poważnej debacie o rodzicielstwie niezwykle łatwo taki język zdezawuować jako sentymentalizm, rozmiękczenie mózgu, ogłupienie macierzyństwem.

Ta przyjemność, zmysłowość nie może być wykluczona z dyskursu publicznego.

Ale jest.

Dlatego monopol na tę część dyskursu mają konserwatyści. Oni mówią: ten liberalny świat jest zimny, wychłodzony, całkowicie zracjonalizowany. To jest szersza debata polityczna. Ona nie dotyczy tylko macierzyństwa, tylko w ogóle demokracji, która przestała ludzi kręcić. Stała się maszynką do podejmowania racjonalnych decyzji. Tymczasem większość decyzji w życiu wcale nie jest racjonalna. Ludzie pragną różnych rzeczy, które niekoniecznie są dla nich zdrowe i dobre dla ich kariery. Na tę część ludzkiego życia, która nie podlega racjonalności też musi być miejsce w polityce. Rodzicielstwo jest tą sferą- to potworny bałagan w życiu, który jednocześnie jest rozkoszą. Jeśli jesteś poukładana, a większość nowoczesnych kobiet jest- zdyscyplinowana, systematyczna, pracowita- to jest kubeł zimnej wody. Ostatnio dostałam list od czytelniczki, która mając małe dzieci próbowała pisać doktorat. Akurat o feminizmie, u feministki. Na marginesie jej pracy promotorka napisała: „Ja rozumiem, że ma pani dzieci i męża, ale musi pani coś z tym zrobić”. Ona to odebrała jako lodowaty prysznic, akt agresji i pogardy ze strony świata feministycznego. I wycofała się z pisania doktoratu, bo miała poczucie, że tego się nie da pogodzić.

Bo bez zrozumienia i wsparcia naprawdę się nie da.

Dlatego ten świat musi być empatyczny i otwarty. Co nie znaczy, że odpuszczamy naszym studentkom, doktorantkom, tylko, że pomagamy im zorganizować swoje życie tak, żeby jedno i drugie się zmieściło. Często zdarza mi się, że w trakcie pisania magisterium studentka rodzi dziecko. W dużej mierze ode mnie zależy, czy ona to magisterium skończy. Bo jak jej powiem: musi pani sobie teraz szybko zorganizować opiekę i oddać pracę, to się skończy załamaniem nerwowym i oczywiście wygra dziecko, bo ono ma swoje konieczne do zaspokojenia potrzeby. Jak nie spowodować, żeby macierzyństwo było kresem wolności? To jest do wynegocjowania.  Ja uważam, że macierzyństwo jest kresem pewnego myślenia o ludzkiej wolności. Tego, którego domaga się od nas neoliberalne państwo. Ale nie jest kresem myślenia o rozwoju osobowym. Trzeba to przemyśleć na nowo. I np. amerykański feminizm ma już na to rozmaite opowieści i konkretne porady, np. jak negocjować z szefem, żeby nie poczuł, że się wymigujesz z pracy, tylko że chcesz pracować, ale by jednocześnie zrozumiał, że twoje obciążenia rodzicielskie są również jego sprawą. I jeszcze, że sprzątanie zawsze należy zostawić na koniec. Bo jeśli chcesz uratować trochę czasu dla siebie-jak zaczniesz od sprzątania- poległaś. A polski feminizm zbyt często mówi tylko: weź się kobieto ogarnij.

Sporo piszesz o roli ojców, o tym, że są potrzebni, że powinni mieć nie tylko takie same obowiązki jako rodzice, ale także prawa. A doświadczenie wielu, nawet bardzo partnerskich i równościowych związków jest takie, że jak rodzi się dziecko, to tradycyjny podział ról: mama w domu, tata w pracy zaczyna dotyczyć również ich.

Nie chcę się przechwalać, ale my z mężem- z różnych względów, o których nie powiem, bo nie zdradzam rodzinnych tajemnic- trochę mniej temu ulegliśmy. Nasze rodzicielstwo od początku było bardziej egalitarne niż zwykle bywa, ale to się załamało, gdy poszłam na urlop wychowawczy. To była moja decyzja- chciałam tego posmakować dłużej, intensywniej. Trudny był moment, gdy wróciłam z urlopu wychowawczego i znów popadłam w pracoholizm, a mój mąż był przyzwyczajony, że ja tę stronę domową ogarniam. Podział prac domowych to jest trudny temat z kilku powodów. Pierwszy to oczywiście wychowanie, przyzwyczajenie, itd. Drugi to realna dyskryminacja kobiet na rynku pracy- najczęściej nasza praca jest w domowym budżecie mniej warta. I egalitarne małżeństwo, które w sytuacji pewnego luzu podejmuje równościowe decyzje nawet kosztem problemów ekonomicznych, staje się dużo bardziej pragmatyczne w momencie, w którym jest już dziecko. Nie mówiąc o tym, że na mężczyznę wywierana jest większa presja. Wśród pracodawców panuje dużo większe zrozumienie dla potrzeb opiekuńczych kobiet- co na dłuższą metę jest dla nich samych szkodliwe- niż mężczyzn. Wiele się nasłuchałam takich opowieści. Mężczyźni są upokarzani przez system za próby poważnego podjęcia zobowiązań rodzinnych.

I też są sfrustrowani.

Żyjemy w społeczeństwie, w którym kobiety są obecne na rynku pracy niemal w tym samym stopniu, co mężczyźni, a jednocześnie jest on skonstruowany tak, jak by byli na nim wyłącznie mężczyźni. I to tacy z lat 50. ubiegłego wieku. Koszty tej sprzeczności ponoszą rodziny. Bo pracownik modelowy, tak jak go sobie wyobraża pracodawca, to jest ktoś, kto nie ma ani potrzeb, ani obowiązków opiekuńczych i ma żonę, które zabezpiecza domowe zaplecze. Jest całkowicie dyspozycyjny. Kobiety, które chcą być aktywne na rynku pracy są traktowane jakby ich obowiązki domowe były czymś wstydliwym. Zwłaszcza w korporacjach, nawet tych, które teoretycznie, na poziomie deklaracji, są przyjazne macierzyństwu. Jak się bliżej przyjrzeć, okazuje się, że pracują w nich niemal sami faceci, a jeśli kobiety – to zwykle bezdzietne. Matki nie wyrabiają w korpo-kulturze. Teoretycznie możesz pracować z domu, ale praktycznie to masz siedzieć w biurze, do którego dojazd zajmuje ci kolejną godzinę. Obiecują ci częściowy etat, ale jak przychodzi co do czego, to okazuje się on niemożliwy. Matki są traktowane jak bezdzietni faceci, a ojcowie tym bardziej. No i prawdą jest też, że rodziny, które zdecydowały się na taki „odwrócony model”, w którym to mężczyzna zostaje w domu z dzieckiem, są poddane ogromnej presji- kobiety tęsknią, a mężczyźni muszą się mierzyć z lekceważeniem, współczuciem osób z zewnątrz.

A widzisz potencjał dla buntu ojców wespół z matkami?

Widzę i bardzo wspieram równościowe ojcowskie inicjatywy np. Piotra Pacewicza – kampanie na rzecz aktywnego ojcostwa. Niestety to wyjątek, bo gniewny dyskurs ojcowski jest w Polsce całkowicie zagospodarowany przez mizoginów. To jest ten „dzielny tato” po rozwodzie, któremu odebrano dziecko. Ma słuszne roszczenia i zupełnie nietrafioną diagnozę, źle obsadzonego wroga. No i chwali się tym, że walcząc z byłą żoną nie płaci alimentów.

Piszesz, że on też jest ofiarą modelu, w którym to matka ma monopol na opiekę.

Ale są na świecie ruchy „nowych ojców”, którzy domagają się absolutnej równości praw opiekuńczych. W Hiszpanii ruch ojców nie mówi: dajcie nam 20 procent urlopu. Oni mówią: 50 na 50- dziecko ma dwoje rodziców. Ale myślę, że to jest następny etap, który na razie w Polsce jest niewyobrażalny. Bardzo chciałabym przeczytać książkę równościowego ojca, która byłaby czymś więcej niż zbiorem fajnych czułych opowieści, o tym jak miło jest być z dzieckiem. Takie książki są- pisze je Leszek Talko czy Tomek Kwaśniewski- tylko tam nie ma namysłu nad politycznym wymiarem tej sytuacji. To nie jest zarzut- nie każdy musi pisać polityczne książki. Ale książki o ojcostwie jako nowym sposobie myślenia o społeczeństwie na razie nie ma.

Polityka prorodzinna to jest hasło głównie po prawej stronie sceny politycznej.

Bo jak lewa strona się tym zajmuje to to się nazywa polityka społeczna. A polityka prorodzinna to taka, która wspiera tradycyjny podział ról. Powoduje, że rodziny tym bardziej zajmują się swoją rodzinnością, czyli opieką. A efekt jest taki jak zawsze: opieką zajmują się kobiety.

To kto ma to zmienić?

Ja bym chciała, żeby to zrobiła nowoczesna lewica- i wtedy będzie się to nazywało nowoczesna równościowa polityka społeczna. I będzie uwzględniać: rodzicielstwo i kobiet, i mężczyzn, kompleksową instytucjonalną opiekę nad dziećmi od żłobka do świetlicy do końca podstawówki, jednocześnie uwzględniając potrzebę budowania więzi. Ta opieka musi być kameralna, jej jakość musi być sprawdzona, a także muszą dla niej istnieć alternatywy w postaci urlopów rodzicielskich.

Ale nowoczesnej lewicy nie ma w parlamencie, ani w samorządach. To może jednak trzeba się dogadać z konserwatystami?

Są takie próby. Wiele pretensji do państwa i postulatów mamy wspólnych z ruchem rodzin wielodzietnych. Ale na głębszym poziomie się jednak mijamy. Konserwatyści uznają za oczywistość, że opieka jest czymś, co w naturalny sposób wiąże się z kobiecą tożsamością i dlatego kobietom trzeba zapewnić bezpieczną przestrzeń, w której będą mogły się opiekować dziećmi i nic więcej. Tymczasem nowoczesna opieka społeczna z jednej strony bierze pod uwagę potrzeby opiekuńcze, potrzebę budowania więzi, które są związane z człowieczeństwem, nie tylko z kobiecością. A z drugiej strony bierze pod uwagę potrzebę kobiet, żeby łączyć to w sposób harmonijny z życiem zawodowym. Czyli pilnuje pracodawców, żeby realizowali prawo kobiet do powrotu na rynek pracy po urlopie, umożliwia branie tych urlopów w dużo bardziej swobodny sposób- tak jak w Szwecji czy Norwegii. To są bardzo praktyczne rzeczy. Nowoczesna lewicowa polityka społeczna uwzględnia równowagę między życiem zawodowym a opieką. I uznaje że to jest potrzeba obu płci.

Czasem myślę, że taki wspólny front ponad podziałami politycznymi jest możliwy, a nawet że on już jest tylko trzeba wymyślić na niego formułę. Po raz pierwszy przyszło mi to do głowy, gdy śledziłam reakcje na mój tekst Nie będę przepraszać za urlop macierzyński. Podpisali się pod nim zarówno przedstawiciele skrajnej lewicy, jak i hardkorowej prawicy. Nagle się okazało, że postulaty poszanowania praw matek, i w ogóle rodziców, do urlopu, ale też powrotu do pracy, są uniwersalne i wszystkim bliskie. A mówienie o rodzicielstwie z perspektywy wiecznego petenta i sabotażysty złości nie tylko mnie.

Ja uważam, że twój tekst był przełomowy, bo unaocznił na konkretnym przykładzie ograniczenia myślenia wolnorynkowego, które w Polsce dominuje po lewej i po prawej stronie. Pokazałaś, że jeżeli chcemy poważnie traktować rodzicielstwo, to musimy pożegnać się z kultem wolnego rynku, przynajmniej ja tak go odczytałam. I moim zdaniem, dziesięć lat temu twój tekst byłby odczytany jako naiwny albo czułostkowy. A teraz nasze społeczeństwo dorosło, i to zarówno prawa jak i lewa strona, do tego, żeby mieć sceptyczny stosunek do wolnego rynku. Więc w tym sensie, myślę, że  empatyczne i poważne myślenie o rodzicielstwie może być przestrzenią dla nieoczywistych koalicji. To jest temat społeczny. To nie jest temat kobiecy.

To może to jest sposób- uczynić tematem nie prawa/problemy matek, ale rodziców w ogóle. Spróbować zrobić z tego kwestię, która nie ma płci.

Gdyby nie miała, to twój blog nazywałby się Boski Rodzic, a się nie nazywa. Trzeba zmierzać do tego, żeby ten temat nie miał płci, ale po drodze trzeba mieć pełną świadomość, że ją ma.  Na razie to głównie kobiety płacą ogromne koszty tego, że ten temat jest niewidzialny.

I próbują jakoś oddolnie, na swój sposób sobie z tą presją radzić. Głównie gadając- nazywając swoje frustracje, ale też opowiadając o tym, jak nie rezygnując z bliskości i zaangażowania, próbują wywalczyć trochę przestrzeni dla siebie. Ja sama to robię pisząc i dyskutując z moimi czytelnikami.

Tym się różni nasze pokolenie od pokolenia naszych matek. One reagowały machnięciem ręką: damy radę, bo jesteśmy dzielne, bo zawsze jakoś sobie kobiety radziły. A nasze pokolenie, przynajmniej w klasie średniej, bardzo intensywnie o tym mówi, czyta i pisze.  Nigdy dotąd nie było takiego wysypu książek dotyczących dylematu, o którym obie piszemy. Coś jest w powietrzu- kobiety mają potrzebę opowiedzenia sobie tej komplikacji. Przy czym, niestety, to się w dużej mierze kończy na narzekaniu na konkretnego faceta/pracodawcę/dziecko/sytuację. Teraz chodzi o to, żeby przełożyć te konkretne kobiece opowieści na szerszą opowieść społeczną.

Kto ma dokonać tego przekładu? Wierzysz w matki jako siłę polityczną?

Jasne że tak. Inaczej bym z tobą nie rozmawiała. Wydaje mi się, że jest ogromna gotowość do tego i oczekiwanie, że coś się wydarzy. Ja nie mam mocy przerobowych, żeby to ogarnąć, ale widziałam taka moc i energię na panelu Wściekłe matki na Kongresie Kobiet.  Wiele osób zastanawia się jak to ugryźć i co powinno być nośnym hasłem na początek, bo nie sposób mówić o wszystkim od razu. Wydaje się, że tym hasłem może być dramatycznie niska ściągalność alimentów. To jest skandal, który jest punktem zapalnym i punktem upolitycznienia nawet dla tych, których ten problem osobiście nie dotyczy. Ale to jest jedna z 10-15 spraw, którymi taki ruch powinien się zająć.

To trzy najważniejsze.

A mogą być cztery? Po pierwsze opieka instytucjonalna: żłobki i przedszkola, dostępność i jakość opieki nad małymi dziećmi. Po drugie, urlopy ojcowskie i promocja nowego opiekuńczego ojcostwa. Po trzecie, prawa pracownicze kobiet – trzeba ograniczyć śmieciówki i przymusowe samozatrudnienie, ukrócić takie praktyki jak zwalnianie kobiet po urlopach macierzyńskich, walczyć z odpytywaniem kobiet z planów prokreacyjnych przy rekrutacji. I czwarta sprawa – niby drobiazg, ale ważny – infrastruktura wózkowa w miastach. Bo miasto swoją architekturą na każdym kroku mówi nam: siedźcie w domu. A my nie zamierzamy dać sie zamknąć w domach.

Agnieszka Graff, fot. Konrad Pustoła

Agnieszka Graff, fot. Konrad Pustoła

Agnieszka Graff (1970) – amerykanistka, wykładowczyni Ośrodka Studiów Amerykańskich UW, członkini Rady Programowej Kongresu Kobiet, współzałożycielka Porozumienia Kobiet 8 Marca, członkini zespołu Krytyki Poltycznej, felietonistka Wysokich Obcasów”, autorka książek Świat bez kobiet” (2001), Rykoszetem” (2008), Magma (2010) i Matka feministka (2014).
Mama Stasia.

KONKURS

Jeśli chcesz otrzymać jeden z dwóch egzemplarzy Matki feministki” z autografem autorki, udostępnij ten post na FB/TT i napisz w komentarzach NA BLOGU czy jesteś matką-feministką i dlaczego tak/nie. Na Wasze odpowiedzi czekam do 15 czerwca 2014.
Wybieram, jak zwykle, według mego widzimisię 😀

Wasza
bm

 

 

 

25

nieludzka twarz polskiego feminizmu, czyli dlaczego prof. Środa gardzi matkami?

„Potrzeba kobiet do bycia z dziećmi to niekoniecznie jest potrzeba ludzka (…) To jest potrzeba, która narodziła się mniej więcej w XVIII wieku. Wszystkie kobiety oddawały swoje dzieci do mamek i to wyglądało zupełnie inaczej”– orzekła wczoraj Najbardziej Znana Polska Feministka podczas dyskusji o macierzyństwie w siedzibie Gazety Wyborczej.  Dyskusja toczyła się wokół książki Agnieszki Graff „Matka feministka”, która zdaniem Najbardziej Znanej Polskiej Feministki od macierzyństwa zgłupiała, fetyszyzuje dzieci i nie rozumie oczywistej dla każdej aktywistki ruchu kobiecego prawdy, że „dzieci są nudne”.

Wiem, nie powinnam się dziwić. Po kawałkach  takich jak ten z wywiadu Agnieszki Kublik:

„Wie pani, jak trudno jest kobietom łączyć pracę w domu z karierą zawodową?

– Przecież łączyłam i łączę. Nie jest trudno.

Nie? Pani pierze, prasuje, zmywa, gotuje…

– Pierze pralka, prasować nie trzeba, gotować uwielbiam. A sprząta mi pewna pani.”

Albo ten o urlopach macierzyńskich jako „płatnych wagarach”, powinnam się przyzwyczaić, że arogancki i protekcjonalny ton Najbardziej Znanej Polskiej Feministki nie jest zarezerwowany tylko dla księży katolickich i innych „odwiecznych wrogów kobiet”
. Zasoby pogardy, jakimi dysponuje prof. Środa wystarczą też dla samych kobiet, zwłaszcza tych, które chcą spędzać czas ze swoimi dziećmi, a nie w pięć dni po porodzie wracać na szychtę, jaki pani profesor. I na dodatek uważają, że jest to wartościowe, bywa nagradzające, może być źródłem satysfakcji. A przede wszystkim, że mają do tego prawo, pracodawcy powinni je szanować, a państwo wspierać.

W momencie, w którym polska debata publiczna (i polityka społeczna) zaczyna wreszcie dostrzegać nie tylko wartość rynkową pracy kobiet oraz ich nadzwyczajne kompetencje w zakresie  zarządzaniem czasem, ryzykiem i budżetem, ale także (powoli i mozolnie) próbuje uwzględnić (nie tylko kobiecą, do cholery) potrzebę równowagi między życiem zawodowym i prywatnym oraz inne potrzeby matek (także dzięki feministkom spod znaku Chutnik czy Graff), Najbardziej Znana Polska Feministka pokazuje nam wszystkim wała.

Nasze problemy są wydumane, a perspektywa nudna. I w ogóle jesteśmy głupie, bo pewnie nabrzmiałe po porodzie hystery uciskają nam na mózgi. Tak naprawdę potrzeba nam po prostu mamek, całodobowych żłobków, antykoncepcji i aborcji. Ot co!

Nie wiem, dlaczego prof. Środa ma problem z matkami i nie obchodzi mnie to. Mam tylko serdeczną prośbę- niech przestanie szkodzić tym, którzy dla matek (a przy okazji też ojców) chcą coś wywalczyć i zmienić. Tym, które na serio chcą się zająć także innymi problemami kobiet, niż te zaprzątające światły umysł pani profesor.

Najbardziej Znana Polska Feministko- zrób polskiemu feminizmowi przysługę i przestań być jego twarzą. Może wówczas Polki dostrzegą w feministkach swoje sojuszniczki, albo odkryją ze zdumieniem, że zawsze były feministkami.

19

komu śmierdzi matka z dzieckiem

20140516-004823.jpg

Mnożą się mamowe wydarzenia, przybywa miejsc, w których dzieci i ich rodziców nie traktuje się jak śmierdzących bezdomnych z ropną przetoką na twarzy. Cieszyć się trzeba.

Sama wzięłam dziś udział w dwu takich: posłuchałam o flamandzkich pejzażach w Muzeum Narodowym w ramach akcji Mamy w muzeum i wypiłam kawę w ramach akcji Mama idzie na kawę. Fajne akcje. Należą im się oddzielne posty, ale na razie poczytajcie sobie o nich pod linkami.

W tej beczce miodu marki „mama friendly” cały czas czuję jednak gorzką nutę i nie potrafię się uwolnić od myśli, że to nie jest do końca fajne. Że to pachnie gettem.
Właśnie ta akcyjność (skądinąd pożyteczna, kibicuję jej szczerze i sama chętnie biorę udział) przypomina mi, że na co dzień, to jednak rodzice z małymi dziećmi nie są mile widziani w tych miejscach. I w innych.

Ja wiem, że jęczące dziecko to nie jest to, czego najbardziej chce się słuchać w trakcie filmu albo oglądania wystawy. Ale uwierzcie, przy trzydziestce krzyczących dzieci naprawdę niewiele można z tej wystawy mieć, nawet kiedy przewodniczka szaleńczo się stara. Może przy dziesiątce byłoby znośniej, no ale skoro to raz w miesiącu, to tłumy będą zawsze.

I mam takie słodko-gorzkie dziś myśli. Bo jak sobie po wszystkim poszłam na Gierymskiego już tylko z koleżanką i naszymi mikrobami, to coś jednak z tego wyniosłam poza pękającą czaszką. Nawet się zdążyłam zadumać nad „Chłopską trumną”, „Świętem trąbek” i wzruszyć „Pomarańczarką”, zanim Mikrob rozdarł się wniebogłosy i na chwilę rozpieprzył w drzazgi cała tą lekko szemrzącą muzealną ciszę. Spodziewałam się spojrzeń królowych śniegu, które przeszyją mnie na wylot, cedzonego przez zęby „csssssiiii”, a wreszcie pary strażników, która wyprowadzi mnie pod łokcie na zewnątrz i każe „uspokoić dziecko, bo przeszkadza innym”. Tymczasem…
Może i ktoś tam się spojrzał krzywo, chyba nawet słyszałam jakieś „csiii”, ale jednak większość zwiedzaczy się do nas po prostu uśmiechała ze zrozumieniem. A może współczuciem? Cokolwiek to było- nie było nienawistne. Bywało nawet życzliwe. I powoli mój wielki supeł w żołądku zaczął się rozwiązywać.

Wiem, to nie takie proste. I jak czytam znajomych, co piszą na fejsie jak bardzo życzą śmierci dzieciom przy sąsiednim stoliku, albo jak facet w tramwaju zajmuje mi miejsce dla wózków siadając na swoim taborecie i ma wielkiego focha, że czegoś od niego chcę (true story), to szczerze wątpię, że uda się za mojego życia osiągnąć taki stopień akceptacji rodziców z dziećmi w przestrzeni publicznej, że getto przestanie być jedyną opcją.
Ale kto wie. Przestaliśmy plwać na inwalidów, powoli przestajemy na ciemnoskórych i gejów. Może przyjdzie i pora na bezdomnych i dzieci?

 

 

20140516-012909.jpg

19

Kiedy matki Polki wreszcie się wściekną?

Logo Panelu "Wściekłe matki" na VI Kongresie Kobiet

Logo panelu „Wściekłe matki” na VI Kongresie Kobiet

Ukamienowaliśmy mamęmałejmadzi, posłaliśmy Trynkiewicza z powrotem pod klucz, możemy, My Polacy, zrobić teraz coś dobrego. Dla rodziców. Dla dzieci.

Teraz My Polacy żyjemy tragedią Daniela Andrzejaka, niedawno owdowiałego ojca pięciorga, któremu ZUS odmówił prawa do płatnego urlopu rodzicielskiego, bo żona nie odprowadzała składek. To nic, że on sam pracował i składki odprowadzał. To nic, że nowa ustawa o urlopach miała rzekomo zrównywać rodziców w prawach. Jak zrównała- widać. Moją uwagę przykuwa bezprecedensowe pospolite ruszenie i szum medialny towarzyszący tej (bez wątpienia tragicznej, godnej współczucia i wszelkiego wsparcia) sytuacji.
Oto na pomoc panu Danielowi pospieszyli nie tylko sąsiedzi (za co im chwała, a tu można się włączyć w zbiórkę na jego rzecz), ale także politycy wszystkich opcji, Minister Pracy i Polityki Społecznej, a nawet sam premier (tak, wiem, trwa kampania, ale zawsze trwa jakaś kampania)!

Z jednej strony, dramatyczna sytuacja Daniela Andrzejaka jest żywym dowodem na ułomność polskiego prawa i, daj Boże, dzięki rozgłosowi, jaki nadała jej publiczna telewizja, człowiekowi pomogą nie tylko dobrzy ludzie, ale i powołane do tego instytucje, a poprawki w dziurawej ustawie wejdą w życie szybko i sprawnie (tak przynajmniej obiecuje minister Kosiniak-Kamysz). Z drugiej strony, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że gdyby pan Daniel był panią Danielą, albo gdyby to nie on, a jego żona (niepracująca, bez prawa do zasiłku) owdowiała, to pies z kulawą nogą nie poświęciłby tej sprawie ani minuty.

Myślicie, że przesadzam?

Ani trochę.

Według spisu powszechnego z 2002 roku prawie 20 proc. rodzin w Polsce to rodziny niepełne.

Ponad 90 proc. rodziców samotnie wychowujących dzieci to matki.

Spośród nich ok. 10 proc. samotnie wychowuje więcej niż trójkę dzieci.  Wdowy to te szczęśliwsze spośród nich, bo mogą liczyć na rentę dla dzieci (o ile ojciec odprowadzał składki). Gorzej mają „alimenciary”. One najczęściej mogą liczyć tylko na siebie.
Tysiące takich kobiet.

Myślicie, że przesadzam?

Ani trochę.

W Polsce regularnie alimenty otrzymuje wg różnych źródeł między 11 a 14 proc. rodziców samotnie wychowujących dzieci (czyli de facto prawie wyłącznie matek). Oznacza to, że w tym chorym kraju ponad 85 proc. ojców, którzy na co dzień dziećmi się nie zajmują, dodatkowo uchyla się od łożenia na nie nawet tych często żałośnie niskich kwot, do których zobowiązał ich sąd.
I nie ma na nich mocnych. Nie ma ustawy. Nie ma ministra. Nie ma premiera.

(Wstrząsający obraz codzienności alimenciary przedstawiła tu Iza Desperak)

Doprowadzony do ostateczności ojciec, jak już się wścieknie, idzie do telewizji, do sądu, do premiera. I przeważnie dostaje, co chciał.

Doprowadzona do ostateczności matka, po prostu sobie radzi. Jakoś. Jak zawsze.

Tysiące takich matek.

PS: Temat nędzy i beznadziei samotnych matek, „alimenciar”, kobiet samotnie opiekujących się niepełnosprawnymi dziećmi (tak, to też głównie kobiety) i wielu innych powodów do matczynego buntu poruszał szeroko panel „Wściekłe matki” na VI Kongresie Kobiet, który odbył się 9 maja 2014 roku w Warszawie. Obszerną relację z tej ważnej dyskusji, która, bardzo na to liczę, będzie zaczynem zmian na lepsze, można znaleźć tutaj.

 

 

 

 

 

3

Stoicy ‒ rodzicom

 

20140509-192923.jpg

Gardzę poradnikami. Zwłaszcza tymi dla rodziców. Sam pomysł, że istnieją uniwersalne algorytmy postępowania w pewnych (lub, co gorsza, wszystkich) sytuacjach życiowych (w tym- w sytuacji rodzica) wydaje mi się głupi i bezpodstawny. A jednak chcę Wam przedstawić książkę, która bez wątpienia jest poradnikiem.
„Sztuka życia według stoików” Piotra Stankiewicza (W.A.B., 2014)  to przewodnik po sztuce dobrego życia”. Autor obiecuje, że wytłumaczy i nauczy „jak żyć mądrze, dobrze i szczęśliwie”. Wszystkich, a więc także rodziców. Dlatego  wzięłam go na spytki.

Boska Matka: Ci Twoi stoicy to chyba nie mieli dzieci. Czy mieli?

Piotr Stankiewicz: Duchowych dzieci mieli całe mnóstwo.

Ale takich prawdziwych, o które umiera się ze strachu, które sprawiają, że przestajesz być wyluzowanym nenufarem, który może się żywić tylko nutellą i iTunesem, a zaczynasz się martwić. Chcesz mieć wszystko pod kontrolą, zaokrąglić wszystkie kanty i prewencyjnie wysterylizować każdego, kto ci z twarzy wygląda na pedofila. Coś mi się zdaje, że gdyby Seneka, Epiktet i Marek Aureliusz mieli dzieci ‒ stoicyzm by się nie narodził.

Metafory na propsie, ale zacznijmy od faktów. A fakty są takie, że na przykład Marek Aureliusz miał dzieci aż trzynaścioro. Pisał nawet o nich w „Rozmyślaniach”, sztandarowym dziele stoicyzmu, że te dzieci są „nie bez zdolności i nie kaleki”.

Pewnie nawet nie znał ich imion. Ówczesny model ojcostwa nie przewidywał przesadnie intensywnego kontaktu mężczyzny z własnymi dziećmi

„Ale my mówimy o gwałcie, a nie o modzie!” A transponując ten świetny chwyt retoryczny na naszą sytuację: my przecież mówimy o stoicyzmie, a nie o tym jak modele ojcostwa zmieniały się na przestrzeni wieków. To są dwie różne sprawy. Stoicyzm jest pewnym uniwersalnym, ponadczasowym sposobem życia (być może jedną z niewielu faktycznie ponadczasowych rzeczy, jakie stworzyła zachodnia cywilizacja), który można zastosować w każdych okolicznościach społeczno-kulturowych. Nie ma tu znaczenia, jaki model ojcostwa obowiązywał w warstwach panujących Rzymu w połowie II wieku naszej ery. A nawiasem mówiąc, stoicy byli pionierami egalitaryzmu i równouprawnienia. Równość wszystkich ludzi, niezależnie od tego czy ktoś jest kobietą, czy mężczyzną, niewolnikiem, czy człowiekiem wolnym, biednym czy bogatym ‒ to jest idea, która właśnie u stoików pojawia się po raz pierwszy. Warto więc chyba odwrócić pytanie: dlaczego sądzisz, że gdyby stoicy mieli dzieci, to nie narodził by się stoicyzm?

Bo to jest „sytuacja potencjalnie niestoicka”, jak to chyba nazywasz. Mam wrażenie, że większość porad stoików zawartych w twojej książce mogą stosować tylko ludzie bezdzietni. Np. tą, żeby żyć dniem dzisiejszym i nie martwić się o przyszłość. Albo żeby nie próbować wszystkiego kontrolować, bo to i tak niemożliwe. Rodzic nie potrafi nie kontrolować. I nie martwić się. Jest do tego organicznie niezdolny.

Stoicy twierdzą dokładnie odwrotnie: że jesteśmy zdolni ‒ organicznie! ‒ nie martwić się tym, co od nas niezależne. Co więcej, nie mówią wcale, żeby „nie próbować kontrolować, bo i tak się nie da”. Mówią raczej, że na tym trzeba się skupić, co da się kontrolować. Stąd też, rodzicielstwo jako takie wcale nie jest niestoickie. Przeciwnie: to właśnie stoik jest najlepszym rodzicem. Ale tu już jest chyba potrzebne dłuższe wyjaśnienie.

Proszę uprzejmie, papier na blogu się nie skończy.

Stoicy twierdzą, że ich nauki może stosować każdy i w każdej sytuacji. Oni by się bardzo obruszyli na Twoją sugestię, że to jest sztuka życia tylko dla bezdzietnych. Albo, że jest tylko dla nie-żonatych, tylko dla bogatych, czy tylko dla nie-prawosławnych. Egalitaryzm i uniwersalność ‒ to były dla nich bardzo ważne kategorie. Stoicyzm jest dla każdego. Również dla rodziców, a może nawet zwłaszcza dla rodziców.

Rodzice zamieniają się w słuch.

Jedną z 28 technik stoickich, które podaję w książce, faktycznie jest „żyj dniem dzisiejszym”. Ale to „żyj dniem dzisiejszym” nie znaczy „nie martw się przyszłością”. W pewnym sensie jest właśnie odwrotnie: stoik żyje dniem dzisiejszym po to, żeby wywalczyć jak najlepszą przyszłość ‒ dla siebie i swoich dzieci. Stoickie „życie dniem dzisiejszym” to nie jest wezwanie do wulgarnego hedonizmu, to nie jest „dzisiaj żyjem i pijem ‒ bo jutro gnijem”. To jest raczej wezwanie do wykorzystywanie dnia dzisiejszego w maksymalny możliwy sposób. Bo tylko „dziś” jest w naszej mocy, tylko na „dziś” mamy wpływ.

 20140509-192931.jpg

Rodzic wierzy, że ma moc przewidywania przyszłości i zarządzania nią. Przewidziałam, że Mikrob zaraz zacznie gmerać w kontaktach, więc wesoło zakupiłam zabezpieczenia, powtykałam, jak należy a on i tak znalazł jeden niezabezpieczony. I jeszcze zaczął gryźć kable.

No tak, ale ten wpływ na przyszłość masz tylko i wyłącznie poprzez dzień dzisiejszy. Mikrob jutro (być może) nie pogryzie tych kabli, jeśli ty je dzisiaj zabezpieczysz. I to jest właśnie to o czym mówię w rozdziale „Żyj dniem dzisiejszym”. Stoik skupia się na dzisiejszym dniu nie dla prostej przyjemności, ale po to, by poprzez dziś oddziaływać na jutro.

A co do przewidywania: stoicy nie mówią, żeby nie przewidywać, czy żeby zawczasu nie myśleć o tym co się może zdarzyć w przyszłości. Przeciwnie: rozdział „Uprzedzaj nieszczęście” mówi właśnie o tym, że trzeba wszelkie przeciwności, problemy i nieszczęścia wyobrażać sobie zawczasu. Co oczywiście nie znaczy, że da się im wszystkim zapobiec, ale znaczy, że można sprawić, że będą mniej boleć.

A wszystkiemu się zapobiec nie da, bo nie wszystko jest w naszej mocy. Niektóre rzeczy od nas zależą, a niektóre nie. Chcemy to prześledzić na przykładzie rodzicielstwa?

Chcemy. Bo to, zdaje się, clou stoickiego lajfstajlu.

Tak jest! To jest podstawowa rzecz. A więc, mówiąc najprościej: nie zależy od nas to czy jesteśmy bogaci czy biedni, zdrowi czy chorzy, żywi czy martwi, nie zależy od nas nic co jest od nas zewnętrznego, żadne rzeczy materialne, jak również nie zależą od nas inni ludzie. Czyli Mikrob jest niezależny. Według stoików zależne jest od nas tylko to, co zależne jest od nas w stu procentach, a więc, krótko mówiąc, tylko to co siedzi w naszych głowach. Czyli: nasze pragnienia i odrazy, nasze cele i nasze wartości, osądy i opinie które wydajemy, decyzje które podejmujemy. To jest pierwszy krok.

A drugi krok jest taki: stoik inwestuje wszystkie swoje siły i uwagę w to, co jest od niego zależne. To jest bowiem jedyna sensowna inwestycja. Inwestować w to, na co nie mamy wpływu ‒ jest bez sensu. To jest porażka w punkcie wyjścia, przegrane myślenie. Innymi słowy, stoik powinien się skupiać na rzeczach od niego zależnych. Fundamentalnymi kategoriami jego myślenia powinny być wartości jakie decyduje się wyznawać, cele jakie   sobie stawia, a także wola i wytrwałość w walce z przeciwnościami losu i oporem materii.

Konkretyzując: stoiczka nie chce by jej syn wyrósł na porządnego człowieka. To bowiem jest od niej niezależne. Natomiast jest od niej zależne to, czy będzie chciała się starać tak go wychować, by wyrósł na porządnego człowieka. I na tym powinna się skupić. A puenta jest oczywiście taka, że nic tak nie zwiększa prawdopodobieństwa, że ów syn wyjdzie na ludzi, jak to, że matka będzie się starała chcieć go dobrze wychować. Najlepszym sposobem wpłynięcia na rzeczy od nas niezależne, jest zaatakowanie ich od strony rzeczy zależnych.

A my prości ludzie kojarzymy stoicyzm z szeroko pojętym „nie przejmowaniem się”. 

„Nie przejmowanie się” jest ważne! Ale ono nie jest celem ‒ jak się często myśli ‒ ale raczej konsekwencją, czy nawet skutkiem ubocznym. To nie jest tak, że stoik stawia sobie za zadanie „nie przejmować się”, czy że jakaś kamiennie rozumiana niewzruszoność to jest ideał, który on chce osiągnąć. Nie. Stoicyzm to korzystanie z własnej sprawczości, rozwijanie jej, a także radość z możliwości, które ona daje. Stoicyzm to umiejętność definiowania i budowania naszych prywatnych wartości i celów i realizowania ich. I im lepsi w tym będziemy ‒ tym mniej będziemy mieć czasu, siły i ochoty na przejmowanie się pierdołami.

No pięknie. Ale tak konkretnie, to jak niby mam to zrobić? Dziecko mi choruje, albo się buntuje, albo nie wyrabiam na trzech etatach matki, żony i pracownicy, albo nie mam pracy i za co żyć. Nadal mogę być stoikiem, znaczy stoiczką?

To właśnie wtedy stoicyzm jest ci najbardziej potrzebny! Kiedy wszystko idzie dobrze, przyjemnie i wygodnie, wtedy może nie być widać na pierwszy rzut oka różnicy między stoikiem, epikurejczykiem, chrześcijaninem, a kimś, kto żyje w ogóle losowo. Ale kiedy przychodzi co do czego, kiedy okoliczności zaczynają się robić ciasne i palące, wtedy właśnie specyfika stoicyzmu wychodzi na jaw. W pewnym sensie: im trudniejsza sytuacja, tym łatwiej jest być stoikiem.

Odpowiadając więc na twoje pytanie: jeśli jesteś matką, żoną, kochanką i pracownicą, a do tego matką buntownika (nie mówiąc już o mężu i kochanku), to zgaduję, że jesteś stoiczką ‒ nawet jeśli do końca o tym nie wiesz. Im bardziej mamy nóż na gardle, tym bardziej musimy być stoikami.

Dobra, dobra… Poza tym nic nie mówiłam o kochance.

Twoim zdaniem uciekam od odpowiedzi? Nie uciekam. Po prostu stoicyzm nie oferuje żadnej taniej pociechy, Bożej łaski, czy superbohatera, który przyjdzie i wyręczy. Stoicyzm to nie jest magiczne pudełko, gdzie wystarczy zakręcić korbką i wyskoczy gotowa odpowiedź na wszystkie bolączki. Nic z tych rzeczy. Stoicyzm daje raczej szeroką perspektywę myślową plus zestaw konkretnych narzędzi do myślenia i działania. Ja te narzędzia po kolei i na przykładach przedstawiam w swojej książce, ale o tym, które z nich, kiedy i do czego zastosować ‒ to już musimy zdecydować sami.

 20140509-192942.jpg

Kiedy pożaliłam się na blogu, że jestem przeładowana informacjami i mam zamęt w głowie napisałeś mi: „Zenon powiada: żywienie Mikroba staje się doskonałą metaforą sytuacji współczesnego człowieka – zewsząd mnóstwo rad, o nieustalanym stopniu prawdziwości i przydatności, no i rzecz jasna, wzajemnie się wykluczających”. Nie napisałeś tylko, jaką radę mają dla mnie stoicy.

Faktycznie, wydaje mi się, że gorączka i arbitralność sporów o to, czy karmić dziecko piersią czy z butelki, czy nosić je w chuście czy w wiklinowym koszyku  odzwierciedla w jakimś sensie sytuację egzystencjalną człowieka roku 2014. To jest ważna rzecz: starożytni stoicy byli obiektywistami i uniwersalistami, wierzyli w jeden, określony porządek świata, który trzeba zrozumieć i do którego trzeba się dostosować. Takie podejście jest już dzisiaj dość nieaktualne i ja w mojej książce podejmuję się reinterpretacji stoicyzmu tak, by mógł funkcjonować niezależnie od obrazu świata jaki przyjmujemy i bez odwoływania się do jakiejkolwiek wielkiej teorii.

Stoicy nie dają więc „rady” w sensie jakiejś pocieszycielskiej wielkiej opowieści o świecie. Twierdzą jednak ‒ i to jest już konkretnie odpowiedź na twoje pytanie ‒ że jeśli będziesz stosować do wychowywania Mikroba te techniki, które opisałem w książce, to zarówno dla Ciebie będzie to raczej bardziej niż mniej satysfakcjonujące, jak i jemu wyjdzie tylko na zdrowie. Przykładowe kilka technik: skupienie się tylko na rzeczach zależnych od Ciebie, uprzedzanie nieszczęścia, niemyślenie o nieaktualnych scenariuszach, wystrzeganie się wyobrażeń fałszywych.

Ja myślę, że rodzicom sfrustrowanym z powodu niemożności zachowania konsekwencji w wychowaniu pomoże technika „unikaj fałszywej stałości”, tym zaszczekiwanym przez „życzliwych” ‒ wskazówki z rozdziału „bądź autonomiczny”, a tym którzy obwiniają się za to, co robią, albo czego nie robią, ich dzieci przyda się stoickie „każdy błądzi na swój rachunek”.

Absolutnie tak, sam bym tego lepiej nie ujął. Unikaj fałszywej stałości, czyli nie fetyszyzuj raz podjętej decyzji. Trwałość i trzymanie się postanowień są wartością, ale w żadnym sensie nie są wartością najwyższą, a już na pewno nie jedyną. Jeżeli okoliczności i warunki się zmienią, to jest naszym obowiązkiem do tych zmienionych warunków się dostosować. Odwagą jest elastyczność, a nie kamienna zaciętość.

Po drugie, bądź autonomiczny. Oczywiście pełna autonomiczność jest pozorem, jest niemożliwa ‒ bo przecież nikt nie jest samotną wyspą i tak dalej. Ale stoicy mocno radzą zastanowić się nad tym, co w nas pochodzi „od nas” i nam (i naszym dzieciom) służy, a co jest tylko myślą napływową ze strony innych ludzi i ich zakamuflowanym na nas naciskiem.

A przede wszystkim: trzeba pamiętać, że ta autonomiczność musi działać w dwie strony. Drugiemu człowiekowi, czyli w tym wypadku naszemu dziecku, również musimy przyznać autonomiczność i prawo do życia po swojemu. Oczywiście, tutaj jest kwestia granic, kwestia wypracowania kompromisu i umowy społecznej, ale zasada powinna być jasna: dziecko nie może nam służyć do realizacji jakiś naszych wizji, niespełnionych pragnień, czy niedomarzonych marzeń. Powołaniem człowieka jest iść własną drogą, więc jeśli rodzice powołują do życia dziecko ‒ to muszą uszanować to, że ono zechce żyć po swojemu.

Oczywiście, to działa też w drugą stronę: dorosłe dziecko musi uszanować autonomię i odrębność rodziców. Sądząc jednak z wieku Mikroba: ten temat jeszcze nas nie dotyczy. Ale chętnie powtórzę ten wywiad za dwadzieścia pięć lat.

Wtedy na pewno skończą się już kartki na blogu.

Możliwe. Ale nie przestanie obowiązywać to, że, po trzecie, każdy błądzi na swój rachunek. W przypadku wychowywania dzieci to ma sens dwojaki. Z jednej strony, jest to taki trochę sceptycyzm wobec wychowania bezstresowego, czy podkloszowego. „Jak się nie przewrócisz, to się nie nauczysz”, te klimaty. Dziecko od maleńkości musi uczyć się błądzenia na swój rachunek, ale jest oczywiście rzeczą rodziców, żeby odpowiednio sterować granicami, tak żeby nauka na błędach nie kosztowała za dużo.

I wreszcie: ci przeklęci „życzliwi”, którzy zawsze wiedzą lepiej. Im właśnie wypadałoby podsunąć „Sztukę życia według stoików”, żeby zrozumieli że każdy błądzi na swój rachunek. Jeśli źle Mikroba wychowasz, to odbije się przede wszystkim na Tobie i na nim, a nie na nich. I właśnie dlatego nie mają prawa cię pouczać ‒ bo konsekwencje nie ich dotyczą.

Tak im powiem następnym razem! A tak serio, serio, to niby jeden stoicyzm wystarczy rodzicom za wszystkie podręczniki świata?

Jeden stoicyzm wystarczy za wszystkie podręczniki, a za wszystkie podręczniki stoicyzmu wystarczy moja książka. A wszystkich rodziców i nie-rodziców, którzy książki dotąd nie czytali, zapraszam na stronę „Sztuki życia”. Jeśli książka jest wstępem do stoicyzmu, to strona jest wstępem od książki. Mówiąc inaczej: w całym tym moim projekcie stoickim chodzi o to żeby pokazać, że stoicyzm jest filozofią ponadczasową, że może kwitnąć również w XXI wieku. A strona to jakby krok jeszcze dalej: próba pokazania, że stoickie podejście do świata daje się dobrze wyrazić językiem cywilizacji internetowej. Taka sytuacja.

Piotr Stankiewicz

Piotr Stankiewicz (ur. 1983), filozof, poeta, astronom.  Autor „Sztuki życia według stoików” i książki poetyckiej „Elementarz”. Doktoryzuje się w Instytucie Filozofii Uniwersytetu Warszawskiego. Mieszkał w Omaha, mieszka pod Warszawą. Pisze.

KONKURS

Jeśli chcesz otrzymać jeden z dwóch egzemplarzy „Sztuki życia według stoików” z autografem i niespodzianką od autora, udostępnij ten post na FB lub TT, zasubskrybuj Boską Matkę i polub „Sztukę Życia” na FB oraz napisz w komentarzach o swoim „potencjalnie niestoickim” doświadczeniu, z którego udało Ci się (lub nie udało) wybrnąć po stoicku. Na odpowiedzi czekam do końca maja 2014.

 

 

 

6

matka Różewicza, ojciec Różewicz

Obrazek

Umarł Różewicz. Pochowali Różewicza. Zapomną o nim, niebawem. Zapomnę i ja.

Póki jednak trwa chwilowe wzmożenie poetyckie w Polsce, chcę Wam podsunąć dwie jego rzeczy.
Ważne, mądre i smutne.
O rodzicach i dzieciach. 

Moja córeczka

„Opowiadanie o klęsce miłości rodzicielskiej. Miłości ojcowskiej”- jak pisał sam Różewicz. O tym, że ocalenie dziecka przed złem tego świata bywa niemożliwe. O tym, że rodzic, musi z tym żyć. I o tym, że nie potrafi.
Do obejrzenia w Teatrze Telewizji albo w Ateneum.

Matka odchodzi

Poetycka książka- wyznanie, pożegnanie, hołd, przeprosiny. Napisana w ponad cztery dekady po tym, jak Stefania Różewicz naprawdę odeszła. Przez syna-poetę. O: całe-życie-matce. 

Jeśli macie jeden wieczór przeczytajcie książkę.

Jeśli macie 20 minut wysłuchajcie tych fragmentów.

Jeśli nie- przeczytajcie chociaż to:

Oczy matki wszystko widzące patrzą na urodziny, patrzą przez całe życie i patrzą po śmierci z „tamtego świata”. Nawet jeśli syn zamieniony został w maszynę do zabijania albo w zwierzę mordercę, oczy matki patrzą na niego z miłością… patrzą. Kiedy matka odwróci oczy od swojego dziecka, dziecko zaczyna błądzić i ginie w świecie pozbawionym miłości i ciepła.

Pamiętam że Matka powiedziała do nas, tylko raz…miałem pięć lat…tylko raz w życiu powiedziała do nas „zostawię was…jesteście niegrzeczni…pójdę sobie i nigdy nie wrócę”… Trzej mali byli niegrzeczni… Pamiętałem przez całe życie strach i ciemną rozpacz w jaką wpadła nasza trójka… Pamiętam jak mi się serce ścisnęło (no właśnie tak „ścisnęło mi się serce”). Znalazłem się w pustce i ciemności…tylko raz Mama to powiedziała i pamiętam do dnia dzisiejszego moją rozpacz i płacz… Ale mama nie odeszła, była z nami i będzie…

Przez wiele lat obiecywałem Mamie trzy rzeczy: że zaproszę ją do Krakowa, że pokażę Zakopane i góry, że pojadę z Mamą nad morze. Mama nie zobaczyła nigdy w życiu Krakowa. Nie widziała ani Krakowa ani gór ani morza. Nie dotrzymalem obietnic…

Minęło od śmierci Mamy prawie pół wieku…Czemu jej nie zawiozłem do Krakowa i nie pokazałem Sukiennic, kościoła Mariackiego, Wawelu…Wisły. No tak! Syn mieszkał w Krakowie…młody „obiecujący” poeta… i ten poeta który tyle wierszy napisał dla matki i tyle wierszy dla wszystkich matek… nie przywiózł Mamy do Krakowa w roku 1947 ani w 1949… Nigdy mi nie przypominała, nie robiła wyrzutów.

Mama nie widziała Warszawy. Mama nigdy nie leciała samolotem, nie płynęła statkiem. Nigdy nie byłem z Mamą w cukierni, w restauracji, w kawiarni, teatrze, operze… Ani nawet na koncercie… byłem poetą… Napisałem poemat „Opowiadanie o starych kobietach”, napisałem wiersz „Stara chłopka idzie brzegiem morza”… nie zawiozłem Mamy nad morze… nie usiadłem z nią nad brzegiem, nie przyniosłem muszelki albo bursztynowego kamyszka. Nic… i ona nigdy nie zobaczy morza… i nigdy nie zobaczę jej Twarzy i oczu i uśmiechu kiedy patrzy na morze… poeta.

I nie mam nawet tej pociechy, że Mama na tamtym świecie idzie przez Planty, przez Kraków, na Wawel…

Czy w niebie jest morze nad którym siedzą nasze Matki w biednych salopkach, plaszczach, starych pantoflach i kapeluszach?…

Tadeusz Różewicz: „Matka odchodzi”, Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 1999

 

9

Galliano na placu zabaw

Mikrob macha stopą koleżeństwu w kożuchachJest wiosna, dajmy na to kwiecień, koniec kwietnia. Od co najmniej tygodnia na termometrach dwadzieścia stopni w cieniu. W słońcu- trzydzieści, jak nic. Na ulicach ludziom jakby ubyło po 15 kilo, w autobusach nawet bezdomni pozdejmowali kurtki, a kierowcy przestali grzać jak opętani i otworzyli szyberdachy na oścież. Kwitną bzy. Pylą brzozy. Panowie bez szyi przechadzają się bez koszulek. Z browarkami. Opalają torsy. Pięknie jest.

Tymczasem w parkach i na placach zabaw, jak okiem sięgnąć królują dziecięce kolekcje jesienno-zimowe:
– kombinezony z misiem,
– bluzy z polarkiem,
– kurteczki z futerkiem.
Albo wiosenno-letnie haute couture: trampki, cienkie koszulki i getry, ale czapka obowiązkowo. Czasem wełniana. Ciepła. Grubo pleciona. Bywa, że też szalik. John Galliano pozdrawia.
Rękawiczek nie dostrzegam, ale chyba tylko dlatego, że źle się w nich lepi babki z piasku. I ślizgają się na kierownicy rowerka. I brudzą się przy zrywaniu mleczy.

Tymczasem rodzice/dziadkowie/nianie wystawiają nosy do słońca.
Rozsiadają na ławkach i trawkach.
W krótkich rękawkach.

Ja wiem, że to z miłości i troski.
Że żyjemy w kulturze pierzyny i kożucha.
I picia na rozgrzewkę.
I skarpety do sandała.

Ale zastanawia mnie ta psychoza czapeczki. Bo to się wymyka racjonalnej analizie. Mniej w tym logiki niż w wiązaniu czerwonej wstążeczki. No chyba, że to logika strachu.
Przed złym okiem.
Jadowitym językiem.
Życzliwą troską.
Troskliwą życzliwością.
Bliźnich.

Mikrob otwiera sezon plażowy