komu śmierdzi matka z dzieckiem

20140516-004823.jpg

Mnożą się mamowe wydarzenia, przybywa miejsc, w których dzieci i ich rodziców nie traktuje się jak śmierdzących bezdomnych z ropną przetoką na twarzy. Cieszyć się trzeba.

Sama wzięłam dziś udział w dwu takich: posłuchałam o flamandzkich pejzażach w Muzeum Narodowym w ramach akcji Mamy w muzeum i wypiłam kawę w ramach akcji Mama idzie na kawę. Fajne akcje. Należą im się oddzielne posty, ale na razie poczytajcie sobie o nich pod linkami.

W tej beczce miodu marki „mama friendly” cały czas czuję jednak gorzką nutę i nie potrafię się uwolnić od myśli, że to nie jest do końca fajne. Że to pachnie gettem.
Właśnie ta akcyjność (skądinąd pożyteczna, kibicuję jej szczerze i sama chętnie biorę udział) przypomina mi, że na co dzień, to jednak rodzice z małymi dziećmi nie są mile widziani w tych miejscach. I w innych.

Ja wiem, że jęczące dziecko to nie jest to, czego najbardziej chce się słuchać w trakcie filmu albo oglądania wystawy. Ale uwierzcie, przy trzydziestce krzyczących dzieci naprawdę niewiele można z tej wystawy mieć, nawet kiedy przewodniczka szaleńczo się stara. Może przy dziesiątce byłoby znośniej, no ale skoro to raz w miesiącu, to tłumy będą zawsze.

I mam takie słodko-gorzkie dziś myśli. Bo jak sobie po wszystkim poszłam na Gierymskiego już tylko z koleżanką i naszymi mikrobami, to coś jednak z tego wyniosłam poza pękającą czaszką. Nawet się zdążyłam zadumać nad „Chłopską trumną”, „Świętem trąbek” i wzruszyć „Pomarańczarką”, zanim Mikrob rozdarł się wniebogłosy i na chwilę rozpieprzył w drzazgi cała tą lekko szemrzącą muzealną ciszę. Spodziewałam się spojrzeń królowych śniegu, które przeszyją mnie na wylot, cedzonego przez zęby „csssssiiii”, a wreszcie pary strażników, która wyprowadzi mnie pod łokcie na zewnątrz i każe „uspokoić dziecko, bo przeszkadza innym”. Tymczasem…
Może i ktoś tam się spojrzał krzywo, chyba nawet słyszałam jakieś „csiii”, ale jednak większość zwiedzaczy się do nas po prostu uśmiechała ze zrozumieniem. A może współczuciem? Cokolwiek to było- nie było nienawistne. Bywało nawet życzliwe. I powoli mój wielki supeł w żołądku zaczął się rozwiązywać.

Wiem, to nie takie proste. I jak czytam znajomych, co piszą na fejsie jak bardzo życzą śmierci dzieciom przy sąsiednim stoliku, albo jak facet w tramwaju zajmuje mi miejsce dla wózków siadając na swoim taborecie i ma wielkiego focha, że czegoś od niego chcę (true story), to szczerze wątpię, że uda się za mojego życia osiągnąć taki stopień akceptacji rodziców z dziećmi w przestrzeni publicznej, że getto przestanie być jedyną opcją.
Ale kto wie. Przestaliśmy plwać na inwalidów, powoli przestajemy na ciemnoskórych i gejów. Może przyjdzie i pora na bezdomnych i dzieci?

 

 

20140516-012909.jpg

Reklamy

19 thoughts on “komu śmierdzi matka z dzieckiem

  1. Ja też czasem mam takie myślenie, że zaraz ktoś mnie przepędzi, krzywo popatrzy jak pójdę w ludzi z dzieckiem,a ono zacznie krzyczeć, śpiewać, marudzić. Ba! nawet wczoraj poszliśmy do restauracji na spontana bo głodni byliśmy, a nie chciało nam się obiadu robić, Lulencja jak Lulencja głośna bardzo ekspansywna i też tak zaczęłam ją uciszać, zerkać po ludziach, a potem pomyślałam – kurczę – mamy takie samo prawo „bywać” w miejscach publicznych jak inni. Oczywiście – trzeba pilnować, tłumaczyć dziecku sposób zachowania w takich miejscach, nie zostawiać za sobą burdlu – a to się chyba często zdarza – i wszystko w porządku.
    A Ci którym przeszkadza polecam odrobinę empatii, a jeśli już nie dają rady to przecież zawsze mogą: a) z nami porozmawiac i poprosić o uciszenie/uspokojenie; b) zmienić miejsce/stolik; c) przeczekać.

    • Pytanie gdzie jest granica? Czy w ogóle powinna być? Każda restauracja czy tylko te „nierandkowe”? Kino? Teatr? Urząd? Jak to rozwiązać, żeby w miarę wszystkich pogodzić? Nie wiem. Da się?

      • Wszystkim nie dogodzisz, nigdy, z niczym.
        Urząd jest jak siku, iść czasem musisz, tu nie ma nad czym dyskutować. Co do reszty…
        Problem w tym, że często (znowu) królują dwie skrajne postawy. Albo się ludzie zamykają w domu aż do pełnoletności latorośli,albo plują na wszystko i wszystkich, bo „a w dupie, mam prawo”. Obie frakcje robią złą robotę, a ta druga dodatkowo, jak mówi Matka Debiutująca, zostawia po sobie burdel, za który czasem mam ochotę taką matkę za włosy wytargać.
        Ja tej kawy i tak nie wypiję, jak mi się dziecko drze, nie ma mowy, bo przecież nie o cierpiętniczą kawę nazłośćwszystkim chodzi, a o przyjemność. Więc w sumie (z moim dzieckiem) jestem po tej samej stronie barykady, co ci, którzy się dzieci obawiają…

      • Ale tak szczerze to jako bywalczyni różnych knajp i innych muzeów, to jakoś nie zauważyłam tych robiących burdel dzieci, ani nawet nie robiących. Po prostu dzieci tam nigdy nie było. Albo były niewidzialne i niesłyszalne. Także trochę nie widzę tej dychotomii.

      • W mojej opinii ciężko postawić wąską granicę, ale bezsprzecznie takową postawić trzeba, myślę wedle jakichś ogólnie pojętych norm dobrego wychowania. Mam na myśli to, że rodzic musi zdawać sobie sprawę, że jego dziecko w pewnym momencie może być znudzone/zmęczone/halaśliwe a przez to uciążliwe dla innych użytkowników i jego obowiązkiem jest zareagowanie na takie zachowanie z wyjściem z miejsca publicznego jeśli trzeba. Nie może być tak, że rodzic się zaprze, bo przyszedł napić się kawy czy obejrzeć wystawę i choćby się waliło paliło pusci dziecko samopas a sam będzie się delektował mając w dupie, że dzieciak reszcie przeszkadza. Nikt nie powiedział, że wyjście z dzieckiem to na pewno godzina spokoju dla nas, ale to od razu nie jest powód by nie próbować i nie korzystać z wszelkich przybytków kultury 😉

      • Brzmi rozsądnie. Choć niestety powątpiewam w istnienie „jakichś ogólnie pojętych norm dobrego wychowania”. I tu, imho, jest pies pogrzebany. A przynajmniej część psa 😉

      • Ja widziałam, wielokrotnie, przy czym burdel robią rodzice, nie dzieci. Dzieci są jak gaz – zajmą tyle przestrzeni, ile się im da. A normy jednak są, jakieś. Jeśli ktoś nie pilnuje psa, bo ma w nosie i pije kawę, i ten pies mi sika na torbę położoną przy nodze stolika, przy którym siedzę, to sytuacja jest jasna. Jeśli ktoś nie pilnuje dziecka, bo ma w nosie i pije kawę, i to dziecko radośnie rozsmarowuje mi czekoladowe ciastko na owej torbie, to sytuacja nagle nie przestaje być jasna, przynajmniej dla mnie, bo okazuje się, że dla matki dziecka to nie tylko niekrępujące, ale wręcz „słodkie” i o co się czepiam (autentyk!). I tego nie kumam.

      • No dobra, a co jeśli dziecko (np. taki ośmiomiesięczny Mikrob) zaczyna drzeć koparę w autobusie (bo nie chce w wózku, nudzi mu się, etc.). I umie tak drzeć się pół godziny non stop. A ja nie poradzę (nie wezmę go na ręce, bo przy pierwszym hamowaniu rozsmarujemy się na szybie). Jest więcej takich sytuacji, gdzie nawet najbardziej pilnująca matka nie podoła. A jednak na maksa naruszamy strefę komfortu tych ludzi. I naprawdę nie chcemy/nie możemy wracać z buta/taxi. Klincz. Pat.
        Tak że podtrzymuję, że nie zawsze granica jest oczywista 🙂

      • Autobus jest dla mnie z kategorii „siku”, tej samej, co urząd – nie chcem, ale muszem i nie ma się nad czym zastanawiać. Strefa komfortu w autobusie jest zresztą i tak mocno ograniczona:)
        Myślę, że my się w gruncie rzeczy zgadzamy – jasne, że nie zawsze granica jest oczywista, ale jasne też, że czasem jest lub przynajmniej powinna być. „Zdrowy rozsądek” to równie mgliste pojęcie jak „ogólne normy dobrego wychowania”, ale na czymś trzeba budować konsensus:)

      • Tośmy zbudowały 🙂 Ale jednak ja się zastanawiam nawet nad autobusem. Bo choć z kategorii „siku”, to nawet tu widzę przestrzeń na mniej hejtu, a więcej empatii. Lżej by było jakoś.

  2. No to się razem wczoraj ukulturalniałyśmy :))) Z pejzażystów wyniosłam calkiem inne wrażenie – mi tam nic nie przeszkadzało, doskonale słyszałam i nie wyszłam z bólem głowy. Trochę może w sali edukacyjnej zrobiło się ciut za luźno 😉 Za to w Gierymskim moje dziecię było już zbyt znudzone, żeby usiedzieć w wózku i niemożliwe do upilnowania poza nim.
    Ja też mam mieszane uczucia co do chodzenia z dziećmi w miejsca publiczne. Akurat w Muzeum Narodowym ta atmosfera dla rodzin się zmienia na lepsze 🙂 Ale jak jestem z moim dzieckiem w restauracji i ono mi marudzi i jest głośne to ja też nie czuję się tam dobrze i rozumiem, że inni goście też. Dlatego jednak w większości wypadków omijam takie miejsca z dziećmi, bo ja też chcę iść do restauracji czy na kawę i tę kawę czy obiad zjeść w spokoju, cieszyć się tym, a nie użerać się z dzieckiem.

    • A ja mam ochotę na kawę i wyjście nie tylko do parku albo CH znacznie częściej niż możliwość podrzucenia komuś Mikroba. Co wtedy? Muzeum daje radę, obsługa naprawdę nam wczoraj pomagała bez łachy, było fajnie. Btw, koniecznie zaglądaj do nas na facebook.com/boskamatkablog to się następnym razem nie miniemy jak obcy i pójdziemy na kawę 🙂

      • Ba! Ja też mam ochotę i co z tego? W ogromnej większości wypadków ta kawa i tak pita jest w biegu, a nie powoli i z lekturą, tak jak lubię. Dlatego jak mam ochotę wyjść do kina, na kawę, itp. to idę sama, zostawiając dzieciarnię tatusiowi. Do restauracji czasami chadzamy z dzieciarnią i coś tam nawet się da zjeść, ale dalekie to od sposobu w jaki ja lubię. Nie mówię, żeby nie chodzić wcale, bo to też głupie. Gdzieś te dziecko ma też nabyć ogłady i oswoić się z takimi miejscami.

  3. Pingback: Bajka o kawie i Ropuchach. | Taka Sobie Matka

  4. Oj prawda… dziś byłam z córą w kawiarni mojej koleżanki. Dziecię mi się rozpłakało panicznie, bo stwierdziło, że jest niesamowicie głodne właśnie tu i teraz. W kawiarni była tylko jedna kobieta poza nami, a ów właścicielka lokalu, niby to z uśmiechem, ale pytała, czy jej za bardzo nie przeszkodziłyśmy w piciu kawy. Zabrakło mi słów…

  5. Gdzie Wy wychowujecie te swoje dzieci? Moje jakiś czas temu wyrosły z pieluch 🙂 ale NIGDY nie miałam takich dylematów. WSZYSTKO załatwiałam z dzieciakami na rękach (dopóki mogłam targałam w chuście). A potem w plecaku zawsze była jakaś zabawka, malowanka i kredki, książeczka. Żeby zająć uwagę. Nie przyszło mi do głowy, żeby wybrać się z maluchem do kina (bo to żaden odpoczynek i przyjemność). Ale chyba w życiu nie chodziłam tyle po restauracjach i kawiarniach, jak wówczas, gdy moje dziewczyny były malutkie. Nigdy też nie „zaliczyłam” tylu wystaw, koncertów i imprez plenerowych. I nigdy wcześniej ani później nie łaziłam tyle po sklepach 🙂
    Owszem, zdarzało się, że trzeba było w trybie pilnym opuścić lokal, bo pampers pełny i „syrena” włączona. Owszem bywało, że dwu-trzy latka nie chciała grzecznie siedzieć przy stoliku. I należało się ewakuować, aby nie męczyć siebie i innych dookoła. Ale nie zapomnę jak bawiłam się z Małą-Większą, wówczas chyba 2 letnią, na Juwenaliach. I jak zasnęła w chuście na koncercie Lech Janerki, pomimo, że stałyśmy przy samym głośniku.
    Nie przypominam sobie krzywych spojrzeń. Wręcz przeciwnie. Jak zaczynały marudzić zazwyczaj jakaś przypadkowa ciociobabcia zaczynała gaworzyć.
    Wydaje mi się, że problem jest wydumany. Chcesz „bywać” z dzieckiem? Proszę bardzo. Zadbaj tylko o to, żeby nikomu nie przeszkadzało, nie biegało samopas. Nie przewijaj dziecka tam gdzie inni jedzą, nie karm ostentacyjnie piersią w miejscach publicznych a gdy sytuacja robi się trudna (krzyki, jęki i zawodzenie albo trudny do opanowania temperament) opuść lokal. Tylko i aż tyle…

  6. Fajny blog 🙂 Z wieloma postami się zgadzam, nie ze wszystkimi. Czyta się bardzo dobrze i i co najważniejsze z ciekawością. Życzę sukcesów!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s