25

nieludzka twarz polskiego feminizmu, czyli dlaczego prof. Środa gardzi matkami?

„Potrzeba kobiet do bycia z dziećmi to niekoniecznie jest potrzeba ludzka (…) To jest potrzeba, która narodziła się mniej więcej w XVIII wieku. Wszystkie kobiety oddawały swoje dzieci do mamek i to wyglądało zupełnie inaczej”– orzekła wczoraj Najbardziej Znana Polska Feministka podczas dyskusji o macierzyństwie w siedzibie Gazety Wyborczej.  Dyskusja toczyła się wokół książki Agnieszki Graff „Matka feministka”, która zdaniem Najbardziej Znanej Polskiej Feministki od macierzyństwa zgłupiała, fetyszyzuje dzieci i nie rozumie oczywistej dla każdej aktywistki ruchu kobiecego prawdy, że „dzieci są nudne”.

Wiem, nie powinnam się dziwić. Po kawałkach  takich jak ten z wywiadu Agnieszki Kublik:

„Wie pani, jak trudno jest kobietom łączyć pracę w domu z karierą zawodową?

– Przecież łączyłam i łączę. Nie jest trudno.

Nie? Pani pierze, prasuje, zmywa, gotuje…

– Pierze pralka, prasować nie trzeba, gotować uwielbiam. A sprząta mi pewna pani.”

Albo ten o urlopach macierzyńskich jako „płatnych wagarach”, powinnam się przyzwyczaić, że arogancki i protekcjonalny ton Najbardziej Znanej Polskiej Feministki nie jest zarezerwowany tylko dla księży katolickich i innych „odwiecznych wrogów kobiet”
. Zasoby pogardy, jakimi dysponuje prof. Środa wystarczą też dla samych kobiet, zwłaszcza tych, które chcą spędzać czas ze swoimi dziećmi, a nie w pięć dni po porodzie wracać na szychtę, jaki pani profesor. I na dodatek uważają, że jest to wartościowe, bywa nagradzające, może być źródłem satysfakcji. A przede wszystkim, że mają do tego prawo, pracodawcy powinni je szanować, a państwo wspierać.

W momencie, w którym polska debata publiczna (i polityka społeczna) zaczyna wreszcie dostrzegać nie tylko wartość rynkową pracy kobiet oraz ich nadzwyczajne kompetencje w zakresie  zarządzaniem czasem, ryzykiem i budżetem, ale także (powoli i mozolnie) próbuje uwzględnić (nie tylko kobiecą, do cholery) potrzebę równowagi między życiem zawodowym i prywatnym oraz inne potrzeby matek (także dzięki feministkom spod znaku Chutnik czy Graff), Najbardziej Znana Polska Feministka pokazuje nam wszystkim wała.

Nasze problemy są wydumane, a perspektywa nudna. I w ogóle jesteśmy głupie, bo pewnie nabrzmiałe po porodzie hystery uciskają nam na mózgi. Tak naprawdę potrzeba nam po prostu mamek, całodobowych żłobków, antykoncepcji i aborcji. Ot co!

Nie wiem, dlaczego prof. Środa ma problem z matkami i nie obchodzi mnie to. Mam tylko serdeczną prośbę- niech przestanie szkodzić tym, którzy dla matek (a przy okazji też ojców) chcą coś wywalczyć i zmienić. Tym, które na serio chcą się zająć także innymi problemami kobiet, niż te zaprzątające światły umysł pani profesor.

Najbardziej Znana Polska Feministko- zrób polskiemu feminizmowi przysługę i przestań być jego twarzą. Może wówczas Polki dostrzegą w feministkach swoje sojuszniczki, albo odkryją ze zdumieniem, że zawsze były feministkami.

Reklamy
19

komu śmierdzi matka z dzieckiem

20140516-004823.jpg

Mnożą się mamowe wydarzenia, przybywa miejsc, w których dzieci i ich rodziców nie traktuje się jak śmierdzących bezdomnych z ropną przetoką na twarzy. Cieszyć się trzeba.

Sama wzięłam dziś udział w dwu takich: posłuchałam o flamandzkich pejzażach w Muzeum Narodowym w ramach akcji Mamy w muzeum i wypiłam kawę w ramach akcji Mama idzie na kawę. Fajne akcje. Należą im się oddzielne posty, ale na razie poczytajcie sobie o nich pod linkami.

W tej beczce miodu marki „mama friendly” cały czas czuję jednak gorzką nutę i nie potrafię się uwolnić od myśli, że to nie jest do końca fajne. Że to pachnie gettem.
Właśnie ta akcyjność (skądinąd pożyteczna, kibicuję jej szczerze i sama chętnie biorę udział) przypomina mi, że na co dzień, to jednak rodzice z małymi dziećmi nie są mile widziani w tych miejscach. I w innych.

Ja wiem, że jęczące dziecko to nie jest to, czego najbardziej chce się słuchać w trakcie filmu albo oglądania wystawy. Ale uwierzcie, przy trzydziestce krzyczących dzieci naprawdę niewiele można z tej wystawy mieć, nawet kiedy przewodniczka szaleńczo się stara. Może przy dziesiątce byłoby znośniej, no ale skoro to raz w miesiącu, to tłumy będą zawsze.

I mam takie słodko-gorzkie dziś myśli. Bo jak sobie po wszystkim poszłam na Gierymskiego już tylko z koleżanką i naszymi mikrobami, to coś jednak z tego wyniosłam poza pękającą czaszką. Nawet się zdążyłam zadumać nad „Chłopską trumną”, „Świętem trąbek” i wzruszyć „Pomarańczarką”, zanim Mikrob rozdarł się wniebogłosy i na chwilę rozpieprzył w drzazgi cała tą lekko szemrzącą muzealną ciszę. Spodziewałam się spojrzeń królowych śniegu, które przeszyją mnie na wylot, cedzonego przez zęby „csssssiiii”, a wreszcie pary strażników, która wyprowadzi mnie pod łokcie na zewnątrz i każe „uspokoić dziecko, bo przeszkadza innym”. Tymczasem…
Może i ktoś tam się spojrzał krzywo, chyba nawet słyszałam jakieś „csiii”, ale jednak większość zwiedzaczy się do nas po prostu uśmiechała ze zrozumieniem. A może współczuciem? Cokolwiek to było- nie było nienawistne. Bywało nawet życzliwe. I powoli mój wielki supeł w żołądku zaczął się rozwiązywać.

Wiem, to nie takie proste. I jak czytam znajomych, co piszą na fejsie jak bardzo życzą śmierci dzieciom przy sąsiednim stoliku, albo jak facet w tramwaju zajmuje mi miejsce dla wózków siadając na swoim taborecie i ma wielkiego focha, że czegoś od niego chcę (true story), to szczerze wątpię, że uda się za mojego życia osiągnąć taki stopień akceptacji rodziców z dziećmi w przestrzeni publicznej, że getto przestanie być jedyną opcją.
Ale kto wie. Przestaliśmy plwać na inwalidów, powoli przestajemy na ciemnoskórych i gejów. Może przyjdzie i pora na bezdomnych i dzieci?

 

 

20140516-012909.jpg

19

Kiedy matki Polki wreszcie się wściekną?

Logo Panelu "Wściekłe matki" na VI Kongresie Kobiet

Logo panelu „Wściekłe matki” na VI Kongresie Kobiet

Ukamienowaliśmy mamęmałejmadzi, posłaliśmy Trynkiewicza z powrotem pod klucz, możemy, My Polacy, zrobić teraz coś dobrego. Dla rodziców. Dla dzieci.

Teraz My Polacy żyjemy tragedią Daniela Andrzejaka, niedawno owdowiałego ojca pięciorga, któremu ZUS odmówił prawa do płatnego urlopu rodzicielskiego, bo żona nie odprowadzała składek. To nic, że on sam pracował i składki odprowadzał. To nic, że nowa ustawa o urlopach miała rzekomo zrównywać rodziców w prawach. Jak zrównała- widać. Moją uwagę przykuwa bezprecedensowe pospolite ruszenie i szum medialny towarzyszący tej (bez wątpienia tragicznej, godnej współczucia i wszelkiego wsparcia) sytuacji.
Oto na pomoc panu Danielowi pospieszyli nie tylko sąsiedzi (za co im chwała, a tu można się włączyć w zbiórkę na jego rzecz), ale także politycy wszystkich opcji, Minister Pracy i Polityki Społecznej, a nawet sam premier (tak, wiem, trwa kampania, ale zawsze trwa jakaś kampania)!

Z jednej strony, dramatyczna sytuacja Daniela Andrzejaka jest żywym dowodem na ułomność polskiego prawa i, daj Boże, dzięki rozgłosowi, jaki nadała jej publiczna telewizja, człowiekowi pomogą nie tylko dobrzy ludzie, ale i powołane do tego instytucje, a poprawki w dziurawej ustawie wejdą w życie szybko i sprawnie (tak przynajmniej obiecuje minister Kosiniak-Kamysz). Z drugiej strony, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że gdyby pan Daniel był panią Danielą, albo gdyby to nie on, a jego żona (niepracująca, bez prawa do zasiłku) owdowiała, to pies z kulawą nogą nie poświęciłby tej sprawie ani minuty.

Myślicie, że przesadzam?

Ani trochę.

Według spisu powszechnego z 2002 roku prawie 20 proc. rodzin w Polsce to rodziny niepełne.

Ponad 90 proc. rodziców samotnie wychowujących dzieci to matki.

Spośród nich ok. 10 proc. samotnie wychowuje więcej niż trójkę dzieci.  Wdowy to te szczęśliwsze spośród nich, bo mogą liczyć na rentę dla dzieci (o ile ojciec odprowadzał składki). Gorzej mają „alimenciary”. One najczęściej mogą liczyć tylko na siebie.
Tysiące takich kobiet.

Myślicie, że przesadzam?

Ani trochę.

W Polsce regularnie alimenty otrzymuje wg różnych źródeł między 11 a 14 proc. rodziców samotnie wychowujących dzieci (czyli de facto prawie wyłącznie matek). Oznacza to, że w tym chorym kraju ponad 85 proc. ojców, którzy na co dzień dziećmi się nie zajmują, dodatkowo uchyla się od łożenia na nie nawet tych często żałośnie niskich kwot, do których zobowiązał ich sąd.
I nie ma na nich mocnych. Nie ma ustawy. Nie ma ministra. Nie ma premiera.

(Wstrząsający obraz codzienności alimenciary przedstawiła tu Iza Desperak)

Doprowadzony do ostateczności ojciec, jak już się wścieknie, idzie do telewizji, do sądu, do premiera. I przeważnie dostaje, co chciał.

Doprowadzona do ostateczności matka, po prostu sobie radzi. Jakoś. Jak zawsze.

Tysiące takich matek.

PS: Temat nędzy i beznadziei samotnych matek, „alimenciar”, kobiet samotnie opiekujących się niepełnosprawnymi dziećmi (tak, to też głównie kobiety) i wielu innych powodów do matczynego buntu poruszał szeroko panel „Wściekłe matki” na VI Kongresie Kobiet, który odbył się 9 maja 2014 roku w Warszawie. Obszerną relację z tej ważnej dyskusji, która, bardzo na to liczę, będzie zaczynem zmian na lepsze, można znaleźć tutaj.

 

 

 

 

 

3

Stoicy ‒ rodzicom

 

20140509-192923.jpg

Gardzę poradnikami. Zwłaszcza tymi dla rodziców. Sam pomysł, że istnieją uniwersalne algorytmy postępowania w pewnych (lub, co gorsza, wszystkich) sytuacjach życiowych (w tym- w sytuacji rodzica) wydaje mi się głupi i bezpodstawny. A jednak chcę Wam przedstawić książkę, która bez wątpienia jest poradnikiem.
„Sztuka życia według stoików” Piotra Stankiewicza (W.A.B., 2014)  to przewodnik po sztuce dobrego życia”. Autor obiecuje, że wytłumaczy i nauczy „jak żyć mądrze, dobrze i szczęśliwie”. Wszystkich, a więc także rodziców. Dlatego  wzięłam go na spytki.

Boska Matka: Ci Twoi stoicy to chyba nie mieli dzieci. Czy mieli?

Piotr Stankiewicz: Duchowych dzieci mieli całe mnóstwo.

Ale takich prawdziwych, o które umiera się ze strachu, które sprawiają, że przestajesz być wyluzowanym nenufarem, który może się żywić tylko nutellą i iTunesem, a zaczynasz się martwić. Chcesz mieć wszystko pod kontrolą, zaokrąglić wszystkie kanty i prewencyjnie wysterylizować każdego, kto ci z twarzy wygląda na pedofila. Coś mi się zdaje, że gdyby Seneka, Epiktet i Marek Aureliusz mieli dzieci ‒ stoicyzm by się nie narodził.

Metafory na propsie, ale zacznijmy od faktów. A fakty są takie, że na przykład Marek Aureliusz miał dzieci aż trzynaścioro. Pisał nawet o nich w „Rozmyślaniach”, sztandarowym dziele stoicyzmu, że te dzieci są „nie bez zdolności i nie kaleki”.

Pewnie nawet nie znał ich imion. Ówczesny model ojcostwa nie przewidywał przesadnie intensywnego kontaktu mężczyzny z własnymi dziećmi

„Ale my mówimy o gwałcie, a nie o modzie!” A transponując ten świetny chwyt retoryczny na naszą sytuację: my przecież mówimy o stoicyzmie, a nie o tym jak modele ojcostwa zmieniały się na przestrzeni wieków. To są dwie różne sprawy. Stoicyzm jest pewnym uniwersalnym, ponadczasowym sposobem życia (być może jedną z niewielu faktycznie ponadczasowych rzeczy, jakie stworzyła zachodnia cywilizacja), który można zastosować w każdych okolicznościach społeczno-kulturowych. Nie ma tu znaczenia, jaki model ojcostwa obowiązywał w warstwach panujących Rzymu w połowie II wieku naszej ery. A nawiasem mówiąc, stoicy byli pionierami egalitaryzmu i równouprawnienia. Równość wszystkich ludzi, niezależnie od tego czy ktoś jest kobietą, czy mężczyzną, niewolnikiem, czy człowiekiem wolnym, biednym czy bogatym ‒ to jest idea, która właśnie u stoików pojawia się po raz pierwszy. Warto więc chyba odwrócić pytanie: dlaczego sądzisz, że gdyby stoicy mieli dzieci, to nie narodził by się stoicyzm?

Bo to jest „sytuacja potencjalnie niestoicka”, jak to chyba nazywasz. Mam wrażenie, że większość porad stoików zawartych w twojej książce mogą stosować tylko ludzie bezdzietni. Np. tą, żeby żyć dniem dzisiejszym i nie martwić się o przyszłość. Albo żeby nie próbować wszystkiego kontrolować, bo to i tak niemożliwe. Rodzic nie potrafi nie kontrolować. I nie martwić się. Jest do tego organicznie niezdolny.

Stoicy twierdzą dokładnie odwrotnie: że jesteśmy zdolni ‒ organicznie! ‒ nie martwić się tym, co od nas niezależne. Co więcej, nie mówią wcale, żeby „nie próbować kontrolować, bo i tak się nie da”. Mówią raczej, że na tym trzeba się skupić, co da się kontrolować. Stąd też, rodzicielstwo jako takie wcale nie jest niestoickie. Przeciwnie: to właśnie stoik jest najlepszym rodzicem. Ale tu już jest chyba potrzebne dłuższe wyjaśnienie.

Proszę uprzejmie, papier na blogu się nie skończy.

Stoicy twierdzą, że ich nauki może stosować każdy i w każdej sytuacji. Oni by się bardzo obruszyli na Twoją sugestię, że to jest sztuka życia tylko dla bezdzietnych. Albo, że jest tylko dla nie-żonatych, tylko dla bogatych, czy tylko dla nie-prawosławnych. Egalitaryzm i uniwersalność ‒ to były dla nich bardzo ważne kategorie. Stoicyzm jest dla każdego. Również dla rodziców, a może nawet zwłaszcza dla rodziców.

Rodzice zamieniają się w słuch.

Jedną z 28 technik stoickich, które podaję w książce, faktycznie jest „żyj dniem dzisiejszym”. Ale to „żyj dniem dzisiejszym” nie znaczy „nie martw się przyszłością”. W pewnym sensie jest właśnie odwrotnie: stoik żyje dniem dzisiejszym po to, żeby wywalczyć jak najlepszą przyszłość ‒ dla siebie i swoich dzieci. Stoickie „życie dniem dzisiejszym” to nie jest wezwanie do wulgarnego hedonizmu, to nie jest „dzisiaj żyjem i pijem ‒ bo jutro gnijem”. To jest raczej wezwanie do wykorzystywanie dnia dzisiejszego w maksymalny możliwy sposób. Bo tylko „dziś” jest w naszej mocy, tylko na „dziś” mamy wpływ.

 20140509-192931.jpg

Rodzic wierzy, że ma moc przewidywania przyszłości i zarządzania nią. Przewidziałam, że Mikrob zaraz zacznie gmerać w kontaktach, więc wesoło zakupiłam zabezpieczenia, powtykałam, jak należy a on i tak znalazł jeden niezabezpieczony. I jeszcze zaczął gryźć kable.

No tak, ale ten wpływ na przyszłość masz tylko i wyłącznie poprzez dzień dzisiejszy. Mikrob jutro (być może) nie pogryzie tych kabli, jeśli ty je dzisiaj zabezpieczysz. I to jest właśnie to o czym mówię w rozdziale „Żyj dniem dzisiejszym”. Stoik skupia się na dzisiejszym dniu nie dla prostej przyjemności, ale po to, by poprzez dziś oddziaływać na jutro.

A co do przewidywania: stoicy nie mówią, żeby nie przewidywać, czy żeby zawczasu nie myśleć o tym co się może zdarzyć w przyszłości. Przeciwnie: rozdział „Uprzedzaj nieszczęście” mówi właśnie o tym, że trzeba wszelkie przeciwności, problemy i nieszczęścia wyobrażać sobie zawczasu. Co oczywiście nie znaczy, że da się im wszystkim zapobiec, ale znaczy, że można sprawić, że będą mniej boleć.

A wszystkiemu się zapobiec nie da, bo nie wszystko jest w naszej mocy. Niektóre rzeczy od nas zależą, a niektóre nie. Chcemy to prześledzić na przykładzie rodzicielstwa?

Chcemy. Bo to, zdaje się, clou stoickiego lajfstajlu.

Tak jest! To jest podstawowa rzecz. A więc, mówiąc najprościej: nie zależy od nas to czy jesteśmy bogaci czy biedni, zdrowi czy chorzy, żywi czy martwi, nie zależy od nas nic co jest od nas zewnętrznego, żadne rzeczy materialne, jak również nie zależą od nas inni ludzie. Czyli Mikrob jest niezależny. Według stoików zależne jest od nas tylko to, co zależne jest od nas w stu procentach, a więc, krótko mówiąc, tylko to co siedzi w naszych głowach. Czyli: nasze pragnienia i odrazy, nasze cele i nasze wartości, osądy i opinie które wydajemy, decyzje które podejmujemy. To jest pierwszy krok.

A drugi krok jest taki: stoik inwestuje wszystkie swoje siły i uwagę w to, co jest od niego zależne. To jest bowiem jedyna sensowna inwestycja. Inwestować w to, na co nie mamy wpływu ‒ jest bez sensu. To jest porażka w punkcie wyjścia, przegrane myślenie. Innymi słowy, stoik powinien się skupiać na rzeczach od niego zależnych. Fundamentalnymi kategoriami jego myślenia powinny być wartości jakie decyduje się wyznawać, cele jakie   sobie stawia, a także wola i wytrwałość w walce z przeciwnościami losu i oporem materii.

Konkretyzując: stoiczka nie chce by jej syn wyrósł na porządnego człowieka. To bowiem jest od niej niezależne. Natomiast jest od niej zależne to, czy będzie chciała się starać tak go wychować, by wyrósł na porządnego człowieka. I na tym powinna się skupić. A puenta jest oczywiście taka, że nic tak nie zwiększa prawdopodobieństwa, że ów syn wyjdzie na ludzi, jak to, że matka będzie się starała chcieć go dobrze wychować. Najlepszym sposobem wpłynięcia na rzeczy od nas niezależne, jest zaatakowanie ich od strony rzeczy zależnych.

A my prości ludzie kojarzymy stoicyzm z szeroko pojętym „nie przejmowaniem się”. 

„Nie przejmowanie się” jest ważne! Ale ono nie jest celem ‒ jak się często myśli ‒ ale raczej konsekwencją, czy nawet skutkiem ubocznym. To nie jest tak, że stoik stawia sobie za zadanie „nie przejmować się”, czy że jakaś kamiennie rozumiana niewzruszoność to jest ideał, który on chce osiągnąć. Nie. Stoicyzm to korzystanie z własnej sprawczości, rozwijanie jej, a także radość z możliwości, które ona daje. Stoicyzm to umiejętność definiowania i budowania naszych prywatnych wartości i celów i realizowania ich. I im lepsi w tym będziemy ‒ tym mniej będziemy mieć czasu, siły i ochoty na przejmowanie się pierdołami.

No pięknie. Ale tak konkretnie, to jak niby mam to zrobić? Dziecko mi choruje, albo się buntuje, albo nie wyrabiam na trzech etatach matki, żony i pracownicy, albo nie mam pracy i za co żyć. Nadal mogę być stoikiem, znaczy stoiczką?

To właśnie wtedy stoicyzm jest ci najbardziej potrzebny! Kiedy wszystko idzie dobrze, przyjemnie i wygodnie, wtedy może nie być widać na pierwszy rzut oka różnicy między stoikiem, epikurejczykiem, chrześcijaninem, a kimś, kto żyje w ogóle losowo. Ale kiedy przychodzi co do czego, kiedy okoliczności zaczynają się robić ciasne i palące, wtedy właśnie specyfika stoicyzmu wychodzi na jaw. W pewnym sensie: im trudniejsza sytuacja, tym łatwiej jest być stoikiem.

Odpowiadając więc na twoje pytanie: jeśli jesteś matką, żoną, kochanką i pracownicą, a do tego matką buntownika (nie mówiąc już o mężu i kochanku), to zgaduję, że jesteś stoiczką ‒ nawet jeśli do końca o tym nie wiesz. Im bardziej mamy nóż na gardle, tym bardziej musimy być stoikami.

Dobra, dobra… Poza tym nic nie mówiłam o kochance.

Twoim zdaniem uciekam od odpowiedzi? Nie uciekam. Po prostu stoicyzm nie oferuje żadnej taniej pociechy, Bożej łaski, czy superbohatera, który przyjdzie i wyręczy. Stoicyzm to nie jest magiczne pudełko, gdzie wystarczy zakręcić korbką i wyskoczy gotowa odpowiedź na wszystkie bolączki. Nic z tych rzeczy. Stoicyzm daje raczej szeroką perspektywę myślową plus zestaw konkretnych narzędzi do myślenia i działania. Ja te narzędzia po kolei i na przykładach przedstawiam w swojej książce, ale o tym, które z nich, kiedy i do czego zastosować ‒ to już musimy zdecydować sami.

 20140509-192942.jpg

Kiedy pożaliłam się na blogu, że jestem przeładowana informacjami i mam zamęt w głowie napisałeś mi: „Zenon powiada: żywienie Mikroba staje się doskonałą metaforą sytuacji współczesnego człowieka – zewsząd mnóstwo rad, o nieustalanym stopniu prawdziwości i przydatności, no i rzecz jasna, wzajemnie się wykluczających”. Nie napisałeś tylko, jaką radę mają dla mnie stoicy.

Faktycznie, wydaje mi się, że gorączka i arbitralność sporów o to, czy karmić dziecko piersią czy z butelki, czy nosić je w chuście czy w wiklinowym koszyku  odzwierciedla w jakimś sensie sytuację egzystencjalną człowieka roku 2014. To jest ważna rzecz: starożytni stoicy byli obiektywistami i uniwersalistami, wierzyli w jeden, określony porządek świata, który trzeba zrozumieć i do którego trzeba się dostosować. Takie podejście jest już dzisiaj dość nieaktualne i ja w mojej książce podejmuję się reinterpretacji stoicyzmu tak, by mógł funkcjonować niezależnie od obrazu świata jaki przyjmujemy i bez odwoływania się do jakiejkolwiek wielkiej teorii.

Stoicy nie dają więc „rady” w sensie jakiejś pocieszycielskiej wielkiej opowieści o świecie. Twierdzą jednak ‒ i to jest już konkretnie odpowiedź na twoje pytanie ‒ że jeśli będziesz stosować do wychowywania Mikroba te techniki, które opisałem w książce, to zarówno dla Ciebie będzie to raczej bardziej niż mniej satysfakcjonujące, jak i jemu wyjdzie tylko na zdrowie. Przykładowe kilka technik: skupienie się tylko na rzeczach zależnych od Ciebie, uprzedzanie nieszczęścia, niemyślenie o nieaktualnych scenariuszach, wystrzeganie się wyobrażeń fałszywych.

Ja myślę, że rodzicom sfrustrowanym z powodu niemożności zachowania konsekwencji w wychowaniu pomoże technika „unikaj fałszywej stałości”, tym zaszczekiwanym przez „życzliwych” ‒ wskazówki z rozdziału „bądź autonomiczny”, a tym którzy obwiniają się za to, co robią, albo czego nie robią, ich dzieci przyda się stoickie „każdy błądzi na swój rachunek”.

Absolutnie tak, sam bym tego lepiej nie ujął. Unikaj fałszywej stałości, czyli nie fetyszyzuj raz podjętej decyzji. Trwałość i trzymanie się postanowień są wartością, ale w żadnym sensie nie są wartością najwyższą, a już na pewno nie jedyną. Jeżeli okoliczności i warunki się zmienią, to jest naszym obowiązkiem do tych zmienionych warunków się dostosować. Odwagą jest elastyczność, a nie kamienna zaciętość.

Po drugie, bądź autonomiczny. Oczywiście pełna autonomiczność jest pozorem, jest niemożliwa ‒ bo przecież nikt nie jest samotną wyspą i tak dalej. Ale stoicy mocno radzą zastanowić się nad tym, co w nas pochodzi „od nas” i nam (i naszym dzieciom) służy, a co jest tylko myślą napływową ze strony innych ludzi i ich zakamuflowanym na nas naciskiem.

A przede wszystkim: trzeba pamiętać, że ta autonomiczność musi działać w dwie strony. Drugiemu człowiekowi, czyli w tym wypadku naszemu dziecku, również musimy przyznać autonomiczność i prawo do życia po swojemu. Oczywiście, tutaj jest kwestia granic, kwestia wypracowania kompromisu i umowy społecznej, ale zasada powinna być jasna: dziecko nie może nam służyć do realizacji jakiś naszych wizji, niespełnionych pragnień, czy niedomarzonych marzeń. Powołaniem człowieka jest iść własną drogą, więc jeśli rodzice powołują do życia dziecko ‒ to muszą uszanować to, że ono zechce żyć po swojemu.

Oczywiście, to działa też w drugą stronę: dorosłe dziecko musi uszanować autonomię i odrębność rodziców. Sądząc jednak z wieku Mikroba: ten temat jeszcze nas nie dotyczy. Ale chętnie powtórzę ten wywiad za dwadzieścia pięć lat.

Wtedy na pewno skończą się już kartki na blogu.

Możliwe. Ale nie przestanie obowiązywać to, że, po trzecie, każdy błądzi na swój rachunek. W przypadku wychowywania dzieci to ma sens dwojaki. Z jednej strony, jest to taki trochę sceptycyzm wobec wychowania bezstresowego, czy podkloszowego. „Jak się nie przewrócisz, to się nie nauczysz”, te klimaty. Dziecko od maleńkości musi uczyć się błądzenia na swój rachunek, ale jest oczywiście rzeczą rodziców, żeby odpowiednio sterować granicami, tak żeby nauka na błędach nie kosztowała za dużo.

I wreszcie: ci przeklęci „życzliwi”, którzy zawsze wiedzą lepiej. Im właśnie wypadałoby podsunąć „Sztukę życia według stoików”, żeby zrozumieli że każdy błądzi na swój rachunek. Jeśli źle Mikroba wychowasz, to odbije się przede wszystkim na Tobie i na nim, a nie na nich. I właśnie dlatego nie mają prawa cię pouczać ‒ bo konsekwencje nie ich dotyczą.

Tak im powiem następnym razem! A tak serio, serio, to niby jeden stoicyzm wystarczy rodzicom za wszystkie podręczniki świata?

Jeden stoicyzm wystarczy za wszystkie podręczniki, a za wszystkie podręczniki stoicyzmu wystarczy moja książka. A wszystkich rodziców i nie-rodziców, którzy książki dotąd nie czytali, zapraszam na stronę „Sztuki życia”. Jeśli książka jest wstępem do stoicyzmu, to strona jest wstępem od książki. Mówiąc inaczej: w całym tym moim projekcie stoickim chodzi o to żeby pokazać, że stoicyzm jest filozofią ponadczasową, że może kwitnąć również w XXI wieku. A strona to jakby krok jeszcze dalej: próba pokazania, że stoickie podejście do świata daje się dobrze wyrazić językiem cywilizacji internetowej. Taka sytuacja.

Piotr Stankiewicz

Piotr Stankiewicz (ur. 1983), filozof, poeta, astronom.  Autor „Sztuki życia według stoików” i książki poetyckiej „Elementarz”. Doktoryzuje się w Instytucie Filozofii Uniwersytetu Warszawskiego. Mieszkał w Omaha, mieszka pod Warszawą. Pisze.

KONKURS

Jeśli chcesz otrzymać jeden z dwóch egzemplarzy „Sztuki życia według stoików” z autografem i niespodzianką od autora, udostępnij ten post na FB lub TT, zasubskrybuj Boską Matkę i polub „Sztukę Życia” na FB oraz napisz w komentarzach o swoim „potencjalnie niestoickim” doświadczeniu, z którego udało Ci się (lub nie udało) wybrnąć po stoicku. Na odpowiedzi czekam do końca maja 2014.