4

ziemniakowe lowe, czyli boska matka zostaje działkowcem

20140310-204648.jpg

Jestem ze wsi. Tzn. teraz z Warszawy, oryginalnie z niedużego miasta w świętokrzyskim, ale dopiero w pierwszym pokoleniu, a z dziada pradziada to jednak ze wsi-wsi, jak zresztą prawie my wszyscy. Wakacje spędzałam u cioć i wujków na wsi, chodziłam na łąki zrywać szczaw na szczawiową i po drzewach rwać jabłka i czereśnie, bawiłam się z kurami, płakałam nad losem kaczek i wiem z autopsji, że krowa nie jest biało-fioletowa, a nawet wiem, jak się ją doi. Czyż nie jestem hipsterem? 😉

Mikrob raczej tego nie doświadczy. Niby nic, a jednak jakoś mi przykro.

Moja mama całe życie tęskniła za ziemią, z której wyrosła, a ponieważ wybrała życie w mieście, robiła w tym mieście karierę i powrót na wieś nie wchodził w grę, zaczęła uprawiać ogródek działkowy. Najpierw kawałek ziemi przy cudzym domu, później- pracowniczy ogródek działkowy. Dziś- dwa przylegające do siebie ogródki- w sumie 6 arów, śmiejemy się więc, że jest działkowcem wielkoobszarowym.

Za dzieciaka jedyne co mnie pociągało w wyjazdach na działkę- to możliwość wyżerania truskawek, malin i poziomek z krzaka, palenie liści i suchych gałęzi (ekscytujące obcowanie z żywym ogniem). Dziś dużo bardziej podnieca mnie grzebanie w ziemi, przycinanie, przesadzanie i podlewanie. Nie przepadam za pieleniem.  Wiem, mam zajawki jak pensjonariusz sanatorium „Albatros”, co robić.

Odkąd mieszkam tu, gdzie mieszkam, mam za oknem kawałek ogródka. Maleńki, 50 m2- tyle co duży pokój. Ale kiedy tylko zaczyna się sezon (czyli, kiedy wyjdzie słońce, nawet jeśli nadal zimno jak w Suwałkach), po prostu się tam przeprowadzam. A właściwie przeprowadzamy. To nic, że niedaleko ulica i słychać samochody, to nic, że ziemia jest nędzna i co roku wysypujemy tu małą wywrotkę torfu, żeby cokolwiek nam urosło. Kochamy naszą namiastkę ogrodu. Nasze pająki i inne robale. Żaby, które wskakują nam do kuchni przez tarasowe drzwi.

Odkąd mieszkam tu, gdzie mieszkam, mam za oknem też las. Duży, prawdziwy, bez brukowanych alejek i latarni, za to z hordami dzików i saren, wiewiórkami, lisami i dzięciołami. Rili, w Warszawie.
Odkąd pojawił się Mikrob, bywamy w tym lesie codziennie (zanim się pojawił, byliśmy może z 5 razy w ciągu 3 lat) 😉 Spacerując, raz po raz mijaliśmy ulokowane w środku lasu Rodzinne Ogródki Działkowe. Spoglądaliśmy na nie łapczywie, obiecując sobie, że sprawdzimy, czy nie ma jakiegoś bezpańskiego, do wzięcia (znaczy odkupienia). Ale jakoś nigdy nie sprawdziliśmy. Aż pojawiła się kartka: „sprzedam ogródek numer…, dzwonić wieczorem”.
Zadzwoniliśmy. Następnego dnia obejrzałam. Pogadałam z fellow-działkowcami w wieku zaawansowanym. Pogadałam z panem z administracji (w wieku zaawansowanym). Z ekscytacji rozbolał mnie brzuch. Kolejnego dnia obejrzeliśmy go razem. Pogadaliśmy z właścicielką (w wieku zaawansowanym), obeszliśmy jeszcze kilka innych ogródków, które chcą sprzedać ich właściciele (w wieku wiadomym). Wróciliśmy do działki numer. Zdecydowaliśmy się od razu.

Nie mogłam uwierzyć, że poszło tak szybko. No i oczywiście nie poszło. Ale to nieważne. Jeszcze nie jest nasza, a ja już nie mogę się nacieszyć na myśl o oceanie możliwości, jakie daje nam to mikropoletko, ten śmieszny skrawek ziemi. Staram się nie myśleć za dużo o tym, że wokół działek ostatnio głośno i gorąco i że kupujemy coś, co w końcu nie będzie przecież nasze i będzie nas można sprzedać deweloperowi, razem z naszymi jabłkami i jeżynami.
Trudno.
Liczę, że do tego czasu  Mikrob zdąży się najeść z krzaka.
A ja może kupię sobie kury?

20140310-204709.jpg

Reklamy
4

mikrowczasy, czyli czy da się wypocząć z bobasem?

 

20140321-011305.jpg

Właściwie ten post nie powinien powstać. Ja na pewno bym go nie przeczytała, gdybym go sama nie napisała. No bo po co czytać o cudzych urlopach? Chyba tylko po to, żeby się wściec. Skoro jednak czytasz, to opowiem Ci o naszym. Pierwszym większym z Mikrobem.

Spodziewaliśmy się, że będzie inaczej niż zawsze. I trochę było. Zostaliśmy w Polsce, a przeważnie jednak wyjeżdżamy. Pojechaliśmy naszym Mundkiem, zamiast lecieć samolotem. I nie napinaliśmy się, żeby było aktywnie i konstruktywnie- narty albo przynajmniej muzea od rana do wieczora i koniecznie dużo knajp. Pół bagażnika zajął nam wózek. Ale poza tym było jak zwykle.

Jak zwykle nic nie zdołaliśmy zaplanować wcześniej. Chwała Panu, że jest po sezonie i w Osadzie Czorsztyn czekali nas jak kania dżdżu.

20140320-200307.jpg

Cóż to jest za przedziwne miejsce! Architektoniczny przeszczep serca i duszy, który chyba się przyjął. Dziewiętnastowieczne drewniane wille przeniesione na pustkowie. Surrealistycznie.

20140321-005345.jpg

Wielkie lustrzane jezioro i wielka, wibrująca cisza.

20140320-200120.jpg

Pusto. Głucho. Oprócz nas- tylko pani z kluczami i piesek, co dojada po gościach. Trochę popsuli te wille neonami Guinessa, przez dwa dni szukali klucza do naszych drzwi na taras, ale wybaczam im, bo byli dla nas dobrzy, robią fizoły (boską zupę fasolową z suszonymi śliwkami) i mają najlepszy w okolicy widok na zachody słońca. O takie:

20140320-174816.jpg

Dosyć szybko zdeptaliśmy jedyną drogę we wsi, a cisza zaczęła nam dzwonić w uszach. Zapragnęliśmy więc wypuścić się dalej w Podhale, ale nie żadne hardkory, czekany, raki i dziecko zawinięte w karimatę, tylko kulturalnie, z wózkiem, jak na strasznych mieszczan przystało 😉 W kwalifikacjach odpadła Bukowina, bo trzeba by leźć szosą między samochodami, a poza stokami (nie dla nas), termami (nie dla nas) i jedną dobrą knajpą (bardzo dla nas), nic tam nie ma. Podobnie jak w innych okolicznych wioskach. A do Krynicy ponad 80 km, więc się nam nie chciało. No to wymyśliliśmy:

Zamek w Czorszynie– fajna ruina, fajny widok (na to samo, zresztą, jezioro, por. zdjęcie tytułowe), fajne dyby, o takie:

20140320-200047.jpg

I od razu gorzka myśl, że jak już go remontowali przez te długie lata za miliony unijnych euruchów, to by mogli jakiś złamany podjazd jeden zrobić. Nie tylko matkom i ojcom by się przydał. My mieliśmy chustę, więc git, ale naprawdę mogliby.

Za to wyskoczyliśmy chętnie z 10 zeta, żeby nabyć książeczkę o przygodach Kogutka Ziutka w Pieninach (Mikrob na razie gardzi, bo się kiepsko żuje taki cienki papier, ale wierzę, że niebawem doceni).

20140320-195920.jpg

Szczawnica- w sezonie pewnie nie do zniesienia, ale po sezonie całkiem miło się się w parku zdrojowym siedzi i grzeje gnaty po zimie. Deptak pod Palenicą też obleci. A w Karczmie u Polowacy baranina w sosie własnym niczego sobie, choć pstrąg lichy jak obuwie z Tesco;

Zakopane- nasz turystyczny upadek, ale z miejsc, po których można połazić z wózkiem był jednak najbliżej. Zawsze sobie obiecujemy, że już nigdy, a zwłaszcza nie na Krupówki, i zawsze jakiś perwersyjny zew samoudręczenia pcha nas z powrotem. A tam orgia badziewia trwa w najlepsze, przybywa kebabów i stoisk z mega-żelami. Zniknął tylko brudnobiały miś od zdjęć. Zastąpił go Król Julian z twarzy podobny bardziej do skunksa (tym razem nam się upiekło, ale następnym razem Mikrob pewnie nie daruje).

Ale tak pięknie świeciło i grzało, że nawet nas ta merkantylna Via Dolorosa ubawiła. I chyba raz pierwszy zakupiłam „pamiątki”, z których się naprawdę cieszę. Filcowe cichostępy z etno-hafcikiem

20140320-195849.jpg I całkiem smaczne praliny z nadzieniem z oscypka, bundza i bryndzy (tu mi górale zaimponowali, bo myślałam, że znają się już tylko na pizzy i hot dogach).

20140320-174723.jpgWypiliśmy kawę na tarasie, Mikrob pozaczepiał kelnerki- klawo, że kto by pomyślał.

Dolina Chochołowska– optymalna opcja dla tych, co im się nie chce dźwigać mikroba na garbie- płasko, szeroko, z oddechem.

20140321-011314.jpg

A teraz jeszcze całe łany krokusów, więc nawet bardzo ładnie, można się napawać.

20140321-011412.jpgNa szlaku sporo lodu i śniegu, no ale już bez przesady, żeby w marcu w górach śniegu nie było 😉

20140321-011343.jpg

Dębno- prawdziwe cacko- XV-wieczny drewniany kościółek z takim wnętrzem, że się można nawrócić od samego patrzenia.

20140320-174747.jpg

W planach mieliśmy jeszcze zamek w Niedzicy, ale się rozhulał ten wiatr, co pozrywał dachy w połowie Polski, więc czym prędzej zwialiśmy do murowanego Hotelu Kinga. Ten wygląda, niestety, jak scenografia „Wyjazdu integracyjnego”, ale był blisko, dał nam przyzwoity rabat i zrehabilitował się dobrą indyjską kuchnią i boskim ajurwedyjskim masażem (Hindusi z Czorsztyna naprawdę dają radę). I znów byliśmy tam sami!

20140320-195945.jpg

Mają basen i  sauny- więc jak na jeden dzień to ho-ho. Szkoda tylko, że nie mieliśmy dla Mikroba nieprzemakalnych pieluch, to by się wymoczył z nami, a nie tylko łypał z brzegu.

20140320-195958.jpg

Mają pokój zabaw dla dzieci, choć taki lekko dziwny, bo w jednym pomieszczeniu z siłownią (ale dzieciom, jak widać, jedno).

20140320-200011.jpg

Podsumowanie, obserwacje, wolne wnioski:

1. Z dzieckiem na urlopie można bardziej odpocząć, niż się umęczyć (tzn. z naszym dzieckiem).

2. Dziecko (nasze) dobrze znosi jazdę samochodem, gorzej znosi postoje.

3. Półroczne dziecko jeszcze nie jest na Krupówkach utrapieniem.

4. Krupówki są utrapieniem jak zawsze.

5. Chętnie kupię (albo napiszę, jak mi kto zapłaci) przewodnik po Polsce (Europie) dla wózkowych (gdzie warto jechać z bobasem i się nie umordować), bo taka codzienna rozkmina to jednak jest trochę męcząca.

6. Góralskie przewijaki wyglądają tak:

20140320-174738.jpg

7. Górale umieją wypożyczyć nawet to, co my zwykle wyrzucamy do kosza razem z pieluchą 😉

Hej!

20140321-005337.jpg