matkoliteratura nieporadnikowa*, vol. 1 + KONKURS

20140119-145726.jpg*matkoliteratura nieporadnikowa to cykl, w którym nieregularnie i niekonsekwentnie będę prezentować książki dobre, inspirujące i ważne. Nie nauczysz się z nich rozróżniania stu rodzajów wysypek, ale może pomogą Ci stać się lepszym człowiekiem (a więc też rodzicem).
I wiem, że nie masz czasu na czytanie 🙂 

Żadna ze mnie literaturoznawczyni, ale ostatnio wykoncypowałam sobie, że właściwie każdą książkę (z telefoniczną włącznie) można analizować nie tylko z perspektywy gender i paru innych (pozdrawiamy z tego miejsca wszystkich Nieustraszonych Pogromców Dżendera :), ale także z perspektywy mother!
O filozoficzno-ideologicznych założeniach perspektywy mother i jej wiadomych powiązaniach z marksizmem-leninizmem napiszę innym razem, dziś chcę Wam za to opowiedzieć o dwu książkach, które nie tylko doskonale nadają się do matczynej egzegezy, ale w dodatku świetnie się je czyta, bo są po prostu bardzo dobre.

Obie dopadły mnie w trakcie ciąży, w momencie, w którym mogłam się żywić wyłącznie Rafaello, chińszczyzną oraz lemoniadą, i to tylko w ciągu nocy. Był to także ten dziwaczny okres w moim życiu, w którym (o Panie!) nabawiłam się wstrętu do literek, a każde spojrzenie na druk przyprawiało mnie o mdłości. Mimo to obie połknęłam. Bez popitki.

20140119-145740.jpg

„Byliśmy przyszłością” Yael Neeman to (inspirowana życiorysem autorki) opowieść o dzieciństwie i dorastaniu w izraelskim kibucu w latach wielkiego eksperymentu społecznego- totalnego, ale też (o czym warto pamiętać) dobrowolnego, uwspólnienia WSZYSTKIEGO: mieszkań, narzędzi pracy, pieniędzy, ale także rodzin- rodziców i dzieci. Pełna błyskotliwych obserwacji historia snuta jest przez wrażliwą dziewczynkę, której indywidaulistyczne „ja” zastąpiono kolektywnym „my”, którą od maleńkości uczono bycia w liczbie mnogiej. Ta subtelna osóbka wychowała się w świecie pełnym dziarskich ludzi, którzy ochoczo zrzekali się prywatnych uniesień na rzecz Wielkiej Sprawy, i choć nie zaznała bliskości, czułości od swoich rodziców, ani nie wytworzyła z nimi więzi, miała-jak deklaruje- cudowne dzieciństwo.
Dla matki we mnie to przypowieść o tym, jak bardzo, od początku, wybieramy naszym dzieciom przyszłość i przeznaczenie, a mimo to nigdy nie możemy być pewni, jakie decyzje będą podejmować i dokąd ich to zaprowadzi. A także o tym, że rodzice nie są bezwzględnie potrzebni do szczęścia. Jakkolwiek by się nam to nie podobało.

20140119-145733.jpg

„Krasnoludki nie przyjdą” Sary Shilo to z kolei rozpisana na 5 głosów historia rodziny, w której niespodziewanie zabrakło ojca, a wraz z nim harmonii i sensu. Simona- świeżo owdowiała matka sześciorga- ma dość. Marzy tylko o tym, by się wyspać, względnie- by zabiła ją katiusza i skończyła tę mękę. A jednocześnie co dzień od nowa zaprzęga się w kierat, popychana matczynym instynktem miłości i troski. Na swój naiwny i pokrętny sposób próbuje też odbudować normalność i dom, zupełnie nie zdając sobie sprawy, jak bardzo jej dzieci w ten dom już nie wierzą. To właśnie dzieci mają u Shilo głos- wiedzą i rozumieją znacznie więcej, niż by ktokolwiek podejrzewał. Niż by się spodziewała ich własna matka. „Krasnoludki nie przyjdą” warto też czytać ze względu na język- rozedrgany, głęboko prawdziwy, płynący wprost z brzucha potok słów, których nie wymawia się na głos, które wstyd pomyśleć. Shilo ma wielki dar- mówi językami dzieci (i cudownie, że polski przekład Agnieszki Podpory tego nie spaprał) 🙂 Dla mnie Shilo jest wirtuozką mowy, którą ja zapomniałam dawno temu i której będę próbowała nauczyć się na nowo.

Oczywiście jest w tych książkach znacznie więcej, niż tu napisałam, ale o tym możecie przeczytać sobie w licznych recenzjach i wywiadach. Komu narobiłam apetytu, ten tutaj można obejrzeć sobie nagranie ze spotkania z autorkami, które niedawno odwiedziły Polskę. Wysępiłam też dla Was od wydawnictwa Czarne po jednym egzemplarzu każdej z książek. Żeby jedną z nich  otrzymać, trzeba mi w komentarzu napisać o innej książce (nie będącej poradnikiem), która jest dla Was, jako (przyszłych/potencjalnych) rodziców odkrywcza/inspirująca/ważna. I dlaczego. No i oczywiście należy polubić boską matkę na Facebooku lub Twitterze (albo przekonać mnie, że warto Cię książką obdarować, mimo że nie zapisałaś/eś się do żadnej z tych partii) 🙂 Na Wasze typy czekam do końca stycznia 2014.

boska

Reklamy

12 thoughts on “matkoliteratura nieporadnikowa*, vol. 1 + KONKURS

  1. Polecam książki Lisy See, autorki pozycji takich jak „Sekretny Wachlarz i Kwiat Śniegu”, „Dziewczyny z Szanghaju” czy „Marzenia Joy” 🙂 Czytając te powieści, przenoszę się w czas przełomu XIX/XX wieku w Chinach. Historie tam opisane dotyczą głównie kobiet, a dokładniej tego z jak często okrutnymi i bezwzględnymi tradycjami musiały się mierzyć, jak walczyły o zachowanie swojej godności, nie tracąc przy tym tej zwykłej,prostej nadziei, że kiedyś będzie lepiej.pozdrawiam 🙂

      • Hmmm… Kiedy myślę o tym, czego można nauczyć się od dzieci to na pewno ich radości życia, gracji, sposobu w jaki emanują energią (idealizuję?) Może warto poczytać Dickensa – który pisze o tym, jak szybko każemy dzieciom dorastać i brutalnie wprowadzamy je w świat. Może warto sięgnąć po „Świat Zofii” – historię 15-latki, która dzięki podróży po świecie filozofii odkrywa siebie (i dowiaduje się dlaczego każde dziecko to filozof). Może warto obejrzeć Spirited Away – przepiękną opowieść o dzielnej Chichiro, która okazuje się mądrzejsza od rodziców? Tyle przychodzi mi do głowy 🙂

  2. a ja przewrotnie.. polecę poradnik.. choć nie dla mam.. a dla trenerów/posiadaczy psów.. 🙂 „Zapomniany język psów” to trochę opowieść a trochę historia o tym, jak uczyć się słuchać, dostrzegać, to co wypowiadane jest w innym języku niż werbalnym (gdy nie ma dostępu do słów).. Autorka w dzieciństwie straciła psa, najukochańszego.. pies stał się agresywny i konieczne (z tamtego punktu widzenia) było uśpienie psa, by nie zagrażał ludziom.. po wielu latach, nie mogąc zapomnieć o traumie z dzieciństwa, dojrzała już kobieta zaczyna uczyć się komunikacji z psami.. a wykorzystuje do tego swoje doświadczenia macierzyńskie.
    Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że to nie tylko piękna opowieść o porozumiewaniu się ze Jan Fennell zwierzętami.. ale z każdą istota, która nie rozumie naszej mowy.
    Pozdrawiam.
    PS. Nie fejsbukuję i nie tłituję. A gdybym miała wybrać.. to zdecydowanie Krasnoludki.. 🙂

    • Bardzo interesująca rekomendacja i na pewno niezwykła książka 🙂 Nie mogę jej niestety uwzględnić w konkursie, bo nie spełnia kryterium „nieporadnikowości” 😦 Na pewno możesz polecić coś jeszcze i zawalczyć o „Krasnoludki” 🙂

      Pozdrawiam,
      BM

  3. Polecam książkę „Dziennik Taty” Tomasza Kwaśniewskiego, głównie dlatego, że niejednokrotnie uśmiałam się do łez, gdy ją czytałam 🙂 Momentami relacja tytułowego Taty jest przerażająco prawdziwa.To opowieść początkującego rodzica o wzlotach i upadkach posiadania dzieci.Takie spojrzenie prawdzie w oczy w kontekście rodzicielstwa 😉

  4. A co do rekomendacji…
    Zdecydowanie „Piaskowa Góra” Joanny Bator. O matce. O córce. O marzeniu matki, aby córka przeżyła to życie, którego jej samej przeżyć się nie udało. O dwóch totalnie różnych światach. O nieustannym zadziwieniu, jak różne mogą być matka i córka. O ciąglości. O potrzebie uczucia kontynuacji, bycia częścią czegoś (rodziny?). O odwadze bycia innym, poszukiwania własnego sensu. O tysiącach drobiazgów, drobnych zdarzeń, które pozostawiają na nas ślad, czasami piętno. Kształtują nas. O miłości. O tym, że pięknie jest żyć. Zawsze. Polecam !

  5. Spirited Away – po trzykroć TAK. Do listy dodałabym jeszcze PONYO (z tego samego studia filmowego). O dziewczynce, która urodziła się rybką, o dziecięcej, wielkiej przyjaźni, o społeczności, w której kilka pokoleń a każde pokolenie potrzebne 🙂

  6. O, ja niestety jestem uzależniona od książek od dzieciach. O tym, jak inaczej można na nie patrzeć, słuchać, wychowywać nie wychowując. Jak inaczej z nimi żyć od tego, jak żyli z nami nasi rodzice. Moje przyjaciółki załamały już ręce nade mną widząc kolejną książkę Juula w mojej torbie. Ale nareszcie – udało się! Usypiając dzieci przeczytałam ostatnio „Ciemno, prawie noc” Bator. I było cudownie. Znowu byłam małą dziewczynką, a nie matką. Polecam, fajna przygoda. Przypomniałam sobie jak dobrze jest przenieść się w inne światy, nawet lekko przerażające.

  7. Po długim procesie tentegowania w głowie postanowiłam nagrodzić Burzę i Katarzynę Wiekierę 🙂 (szczegółach w mailach, które Wam wysłałam)
    Wszystkim uczestniczkom dziękuję serdecznie za udział i będę wdzięczna za inne książkowe rekomendacje. Zawsze, nawet poza konkursem 😀

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s