88

Nie będę przepraszać za urlop macierzyński

źródło: mommyish.com

źródło: mommyish.com

Droga Gazeto Wyborcza, Dumnie Stojąca na Straży Praw Kobiet,

Z osłupieniem przeczytałam artykuł Ty? Rok z dzieckiem w domu?!” Dziennikarki „Wyborczej” zostały matkami na 100 proc. Gdybym była Waszą dziennikarką, użyłabym pewnie wysofistykowanych sformułowań o dekonstrukcji mitu i transgresji absolutnej. Ale na szczęście nie jestem. A ponieważ piszę u siebie, powiem wprost- dawno nie czytałam tak antykobiecego, mizoginicznego tekstu. „Kato-faszyści z Frondy”, jak ich lubicie nazywać, mogliby się od Was uczyć opresyjności i pogardy. Patriarchalnego protekcjonalizmu.

Nie umiem sobie nawet wyobrazić jaka atmosfera panuje w redakcji Gazety, skoro Wasze dziennikarki Katarzyna Staszak i Natalia Waloch-Matlakiewicz uznały za stosowne wytłumaczenie się przed czytelnikami (a może bardziej pracodawcą) z faktu… skorzystania z rocznego urlopu macierzyńskiego- swego, co prawda, świeżo przyznanego, ale jednak niezbywalnego prawa.
Jakiemu rodzajowi agresywnej indoktrynacji została poddana Katarzyna Staszak- Wasza pracownica od 12 lat- która „tak się obawia, że na rocznym rodzicielskim <wypadnie z obiegu>, że już „piątego dnia po porodzie zaczęła na odległość współpracować z redakcją (…) Z miłości do pracy, poczucia obowiązku, nieskromnego przekonania, że lepiej niż koledzy zna się na służbie zdrowia. I ze strachu, że o mnie w redakcji zapomną
„.
Ja piątego dnia po porodzie ciągle sikałam krwią i myliłam dzień z nocą, a ona oddaje gotowy tekst? Czy to jest jakiś obóz pracy? 

Coście nagadali Natalii Walach-Matlakiewicz, która jak już urodziła po dziewięciu latach pracy w „Wyborczej”, to co prawda „ucieszyła się, że będzie miała prawo do rocznego urlopu, bo chciała być matką na sto procent. Ale zaraz potem, „wobec wszechobecnej krytyki wydłużonego macierzyńskiego, wpadła w wir niekończących się rozterek„. Co jej zrobiliście, że uznała, że musi przeprosić, tak PRZEPROSIĆ, za stwierdzenie, że „bycie z dzieckiem, które codziennie robi coś po raz pierwszy, daje lepszego kopa niż robienie dziennika w noc po wyborach prezydenckich”. 

Jak bardzo nie szanujecie pracy Katarzyny Staszak, że nawet nie bierze pod uwagę urlopu wychowawczego, bo „mogłoby [to] być zawodowe samobójstwo„.

Wreszcie, czym Wy się tam odurzacie, że obie panie postanowiły wysmażyć akapit zatytułowany „Ludzie czasem chorują. I czasem miewają dzieci”, w którym proszą uniżenie, o odrobinę zrozumienia dla faktu, że zostały matkami, bo „u podstaw naszej kultury leży (…) pewien szacunek dla prywatnych wyborów oraz zrozumienie dla spraw naturalnych, których żaden kodeks pracy nie okiełzna: takich jak to, że ludzie czasem chorują, i takich jak to, że czasem mają dzieci”. Bo przecież mogłyby też mieć raka, na przykład.

Każda linijka tego tekstu jest jak strzał w ryj a przy okazji gwóźdź do trumny feminizmu rozumianego jako lata starań o poszanowanie odmienności kobiet  i walkę z ich dyskryminacją właśnie ze względu na tę odmienność. To, co zaprezentowały autorki, to jakiś cholerny, chory genderowy neokolonializm- do końca swoich dni będą udowadniać, że są dość dobre, równie dobre. I przepraszać, że nie są facetami. Że mają macice. Że urodziły dzieci. I że chcą się nimi zajmować.

Też jestem dziennikarką. Też jestem na rocznym macierzyńskim. A wcześniej byłam na półrocznym zwolnieniu. Nie, nie czuję się winna. Nie, nie pracuję zdalnie dla mojej redakcji. Ani mój szef, ani moi koledzy nigdy nie dali mi do zrozumienia, że nie będę miała do czego wracać. Tak, mam etat. Tak, uważam, że roczne urlopy są dobre. Tak, cieszę się, że są prawem, a nie obowiązkiem. Tak, uważam, że nikt nie powinien robić kobietom (ani mężczyznom) łaski, że mogą z nich korzystać.

Bo posiadanie dzieci nie jest ani chorobą, ani „jak choroba”.  Ludzie się rozmnażają. Dzieci się rodzą. Tzn. kobiety rodzą te dzieci. Kobiety i mężczyźni muszą się nimi zajmować. To jest norma, nie aberracja. Musicie nauczyć się z tym żyć, nawet w Gazecie Wyborczej.

.

14

#TeenMomPoland, czyli panna z dzieckiem po polsku

źródło mtv.pl

Nawet, jeśli sądzisz, że to absolutnie niemożliwe- zapewniam Cię, Ty też mogła(e)ś zostać nieletnim rodzicem. Pewnie, jak prawie 60 proc. Polaków zacząła(e)ś uprawiać seks jeszcze w liceum i pewnie jak ponad 60 proc. Polaków zabezpieczyła(e)ś się wtedy prezerwatywą (albo jak pozostałe 40 proc. inaczej lub wcale). Statystyka, Kochanie.

Jednak to nie była(e)ś Ty. Ty zaczekała(e)ś, może nawet do ślubu. Ty wiedziała(eś), że zabezpieczyć się trzeba i jak. I miała(e)ś na to kasę. Super. Tyle, że to z nie Twoja zasługa, to szczęśliwy zbieg okoliczności, albo przypadek, jak wolisz. Może miałeś fajnych rodziców, rodzeństwo, którzy powiedzieli Ci co i jak. Może nauczyli ciekawości i ostrożności, dzięki którym samodzielnie doszedłeś do tej wiedzy- winszuję. Pamiętaj jednak, że to nie było w standardzie. Do dziś nie jest.

Bo gdybyś jednak nie miał(a) farta, Twoje życie potoczyłoby się zupełnie inaczej (i tu kończę z końcówką męską, bo te konsekwencje ponoszą jednak głównie dziewczyny).
Starzy mogliby Cię wykopać z domu (i wielu by to zrobiło), raczej nie skończyłabyś studiów, ani nawet nie zaczęła, bo do tego potrzeba matury. Przesrane.
Scenariusz 1 to albo bruk, albo opieka społeczna, albo jakaś podła robota, bo co Ty możesz dostać za pracę jako gówniara bez doświadczenia. Scenariusz 2- starzy Cię, co prawda nie wykopują, ale schody dopiero się zaczynają, bo, pamiętaj, masz 15, 16, 17, a niech i nawet 18 lat- a do tej pory Twoim problemem było głównie, na której ścianie powiesić plakat. Tymczasem zwala Ci się na łeb wielki, największy w życiu kloc betonu- decyzja, czy urodzić (nikt mi nie wmówi, że istnieją nastoletnie matki, które nie rozważają aborcji). A jeśli jednak tak- to wszystko, co jest po- wstyd, pokazywanie palcami, mdłości, ból, wredne docinki, strach, spojrzenia z ukosa, badania, szpitale, pytania o datę urodzenia, znów ten wzrok, poród, znów ból, znów lęk, teraz też o dziecko. Masz 15, 16, 17 lat. Kończę, bo widzę, że bledniesz.

Spoko.

Tobie się udało.

W Polsce co roku 20 tysięcy nastolatek zostaje matkami  (i, nie zapominajmy, drugie tyle nastolatków- ojcami). Ocean problemów, do którego wskoczyli na główkę nie umiejąc pływać, jest nie do opisania- poza tymi wyżej, wspomnę jeszcze o niebagatelnych ograniczeniach w decydowaniu o sobie i dziecku z powodu niepełnoletności).
Jeśli więc nie mają wyrozumiałych rodziców, którzy mogą sobie pozwolić na jeszcze jedno dziecko- w Polsce są zdane wyłącznie na siebie. Znikąd pomocy, znikąd pocieszenia.
Jest, oczywiście kilka NGOsów: Stowarzyszenie Pomocy Nieletnim Rodzicom, Mama Sama Samodzielne Samotne Matki, czy Stowarzyszenie Pozwól żyć. Jest też Fundacja Mama, która od lat robi dobrą robotę, a teraz współtworzy Teen Mom Poland i kampanię społeczną z tym związaną. To wszystko jednak strasznie mało jak na 40 tysięcy dzieciaków, którym los właśnie przystawił shotguna do skroni. 

Zakrawa na kiepski żart fakt, że za jeden z ważniejszych głosów w dyskusji o sytuacji nieletnich rodziców w Polsce (jeśli do niej dojdzie, a na to liczę) należy do stacji odpowiedzialnej za takie fiasko rodzaju ludzkiego jak Warsaw Shore. Ale jakkolwiek merkantylne i niecne cele by za tym nie stały- zrobili to i dobrze, ja im kibicuję.
Trochę mnie mierzi teledyskowa konwencja i to, że odcinki są takie krótkie. Lekko mnie drażni ta idealna symetria blondynek i brunetek, chłopczyków i dziewczynek, i to, że każda teen-matka ma przy sobie lepszego, albo gorszego, ale jednak partnera- ojca dziecka, który się poczuwa (co w życiu nie jest to znów taką regułą). No i ta upiorną babcia, oczywiście dewotka, oczywiście pod krzyżem. Ale wybaczam im to wszystko, bo wzięli obronę te, na które wszyscy się wypięli. I nie zrobili z tego karykatury.

A może, jak sobie Polska poogląda „Nastoletnie matki” w MTV, a w międzyczasie zobaczy Baby blues i dla kontrastu  Juno, to w końcu przestanie tylko wytykać „panny z dzieckiem” palcami, a poda im wreszcie pomocną dłoń.

8

daj babci szansę

20140121-170412.jpg

 

Odkąd zaczęłam coś kumać z tego świata, żyję z nieukojonym deficytem dziadków (w sensie babć i dziadków). Odumarli mnie za dzieciaka (a jeden dziadek to nawet przed moimi narodzinami) i pamiętam ich jak przez mgłę. Doskonale za to pamiętam ukłucia zazdrości, gdy słyszałam jak inne dzieci opowiadały sobie o wakacjach u dziadków, obiadach u dziadków, spacerach z dziadkami, opowieściach dziadków i (wiadomo!) od dziadków prezentach. 

Gdy trochę podrosłam i zaczęłam się interesować historią i światem, najbardziej mi brakowało właśnie tych opowieści. Do dziś nie dowiedziałam się, co łączyło moich dziadków z dworem Gombrowiczów (tak, tych Gombrowiczów), a coś tam ponoć łączyło, ani jak to dokładnie było z tym babci absztyfikantem- młodym Żydem, który podczas wojny chciał się z rodziną ukrywać u pradziadków, ale oni bali się za bardzo. Uważam, że jestem przez to uboższa. Sądzę, że dzięki dziadkom byłabym lepszym człowiekiem. Do dziś zazdroszczę innym wnukom.

Mikrob niestety też nie ma dziadków (w sensie dziadków-dziadków), ma za to babcie. I jemu też zazdroszczę.

Babcia z moich dziecięcych wyobrażeń (bo raczej nie wspomnień) miała siwe włosy spięte w gniazdko, drewnianą laskę i istniała tylko po to, by lepić pierogi oraz zajmować się wnuczętami. Na szczęście, Babcie Mikroba (choć obie są już emerytkami) mają swoje życie i swoich przyjaciół, podróżują i śpiewają, chodzą do kina i po górach. Potrafią też, co prawda, hodować pomidory, robić na drutach i najlepszy w świecie sernik, ale nie odczuwają potrzeby, żeby codziennie nas tym uszczęśliwiać. Są kiedy trzeba. Kiedy trzeba potrafią też nie być.

Oczywiście Babcie Mikroba mają też miliony irytujących przyzwyczajeń, pytają po sto razy o to samo, przesadzają z ilością jedzenia i z troską o zimne rączki. Na początku doprowadzały mnie do szału kompulsywnym okrywaniem kocykiem,  dietą matki karmiącej (czyli nic + banan/pieczone jabłko), kupowaniem ubranek, których nawet raz nie zdążę założyć, no i tym sopran koloraturowym, w którym mówiły do dziecka przez całą dobę. Obłęd. Postanowiłam się jednak nie frustrować, ani nie poddawać presji wieku oraz doświadczenia i jakoś ustanowić granice. Nie jestem boginią asertywności, ale po paru tygodniach, kilku kąśliwych uwagach i spojrzeniach Królowej Śniegu, wygrałam z kocykiem, nie słyszę już o zimnych rączkach, ubranka są ze mną konsultowane, a do jedzenia dostaję różne pyszności, o które poproszę i których sama nie umiem tak dobrze spreparować. Tylko soprany zostały. Co robić, kiedy Mikrob je kocha?

Wiem, że zdarzają się babcie niereformowalne i trudne do zniesienia nawet dla buddyjskich mnichów. Że możesz mieć z matką megatrudny układ i pełno kwasów z przeszłości. Wiem, że byłaś/eś w szkole rodzenia i przeczytałaś/eś wszystkie książki Harveya Karpa. Ale daj babci szansę. Twoje dziecko to doceni. A ona jeszcze Cię zaskoczy.

20140121-172950.jpg

12

matkoliteratura nieporadnikowa*, vol. 1 + KONKURS

20140119-145726.jpg*matkoliteratura nieporadnikowa to cykl, w którym nieregularnie i niekonsekwentnie będę prezentować książki dobre, inspirujące i ważne. Nie nauczysz się z nich rozróżniania stu rodzajów wysypek, ale może pomogą Ci stać się lepszym człowiekiem (a więc też rodzicem).
I wiem, że nie masz czasu na czytanie 🙂 

Żadna ze mnie literaturoznawczyni, ale ostatnio wykoncypowałam sobie, że właściwie każdą książkę (z telefoniczną włącznie) można analizować nie tylko z perspektywy gender i paru innych (pozdrawiamy z tego miejsca wszystkich Nieustraszonych Pogromców Dżendera :), ale także z perspektywy mother!
O filozoficzno-ideologicznych założeniach perspektywy mother i jej wiadomych powiązaniach z marksizmem-leninizmem napiszę innym razem, dziś chcę Wam za to opowiedzieć o dwu książkach, które nie tylko doskonale nadają się do matczynej egzegezy, ale w dodatku świetnie się je czyta, bo są po prostu bardzo dobre.

Obie dopadły mnie w trakcie ciąży, w momencie, w którym mogłam się żywić wyłącznie Rafaello, chińszczyzną oraz lemoniadą, i to tylko w ciągu nocy. Był to także ten dziwaczny okres w moim życiu, w którym (o Panie!) nabawiłam się wstrętu do literek, a każde spojrzenie na druk przyprawiało mnie o mdłości. Mimo to obie połknęłam. Bez popitki.

20140119-145740.jpg

„Byliśmy przyszłością” Yael Neeman to (inspirowana życiorysem autorki) opowieść o dzieciństwie i dorastaniu w izraelskim kibucu w latach wielkiego eksperymentu społecznego- totalnego, ale też (o czym warto pamiętać) dobrowolnego, uwspólnienia WSZYSTKIEGO: mieszkań, narzędzi pracy, pieniędzy, ale także rodzin- rodziców i dzieci. Pełna błyskotliwych obserwacji historia snuta jest przez wrażliwą dziewczynkę, której indywidaulistyczne „ja” zastąpiono kolektywnym „my”, którą od maleńkości uczono bycia w liczbie mnogiej. Ta subtelna osóbka wychowała się w świecie pełnym dziarskich ludzi, którzy ochoczo zrzekali się prywatnych uniesień na rzecz Wielkiej Sprawy, i choć nie zaznała bliskości, czułości od swoich rodziców, ani nie wytworzyła z nimi więzi, miała-jak deklaruje- cudowne dzieciństwo.
Dla matki we mnie to przypowieść o tym, jak bardzo, od początku, wybieramy naszym dzieciom przyszłość i przeznaczenie, a mimo to nigdy nie możemy być pewni, jakie decyzje będą podejmować i dokąd ich to zaprowadzi. A także o tym, że rodzice nie są bezwzględnie potrzebni do szczęścia. Jakkolwiek by się nam to nie podobało.

20140119-145733.jpg

„Krasnoludki nie przyjdą” Sary Shilo to z kolei rozpisana na 5 głosów historia rodziny, w której niespodziewanie zabrakło ojca, a wraz z nim harmonii i sensu. Simona- świeżo owdowiała matka sześciorga- ma dość. Marzy tylko o tym, by się wyspać, względnie- by zabiła ją katiusza i skończyła tę mękę. A jednocześnie co dzień od nowa zaprzęga się w kierat, popychana matczynym instynktem miłości i troski. Na swój naiwny i pokrętny sposób próbuje też odbudować normalność i dom, zupełnie nie zdając sobie sprawy, jak bardzo jej dzieci w ten dom już nie wierzą. To właśnie dzieci mają u Shilo głos- wiedzą i rozumieją znacznie więcej, niż by ktokolwiek podejrzewał. Niż by się spodziewała ich własna matka. „Krasnoludki nie przyjdą” warto też czytać ze względu na język- rozedrgany, głęboko prawdziwy, płynący wprost z brzucha potok słów, których nie wymawia się na głos, które wstyd pomyśleć. Shilo ma wielki dar- mówi językami dzieci (i cudownie, że polski przekład Agnieszki Podpory tego nie spaprał) 🙂 Dla mnie Shilo jest wirtuozką mowy, którą ja zapomniałam dawno temu i której będę próbowała nauczyć się na nowo.

Oczywiście jest w tych książkach znacznie więcej, niż tu napisałam, ale o tym możecie przeczytać sobie w licznych recenzjach i wywiadach. Komu narobiłam apetytu, ten tutaj można obejrzeć sobie nagranie ze spotkania z autorkami, które niedawno odwiedziły Polskę. Wysępiłam też dla Was od wydawnictwa Czarne po jednym egzemplarzu każdej z książek. Żeby jedną z nich  otrzymać, trzeba mi w komentarzu napisać o innej książce (nie będącej poradnikiem), która jest dla Was, jako (przyszłych/potencjalnych) rodziców odkrywcza/inspirująca/ważna. I dlaczego. No i oczywiście należy polubić boską matkę na Facebooku lub Twitterze (albo przekonać mnie, że warto Cię książką obdarować, mimo że nie zapisałaś/eś się do żadnej z tych partii) 🙂 Na Wasze typy czekam do końca stycznia 2014.

boska

153

Boskiej Matki odpowiedź hejterom Wielkiej Orkiestry

1325865316_by_Hafananana _600

Kiedyś znajomy, któremu przyznałam się, że jako dzieciak nigdy nie kwestowałam dla WOŚP, przytomnie zauważył, że nie ma się czym chwalić. Ale jak sobie dziś czytam rozmaite portale, to dochodzę do wniosku, że z moją młodzieńczą ignorancją mogłabym się spokojnie wysforować na czoło awangardy antyorkiestrowej, a właściwie anty-Owsiakowej, i paradować w koszulce: „Nie chodziłam z puszką, zanim jeszcze było to modne”. Sęk w tym, że nie chcę.

Z uwagą czytam od kilku dni (kilku lat właściwie) mniej lub bardziej zjadliwe głosy krytyki wobec WOŚP, bo lubię tych, co gwiżdżą, gdy inni klaszczą i takich, co zaglądają świętym pod spódnice. Tym bardziej, że dla mnie Owsiak nie jest żadnym współczesnym świętym. Nie oglądam relacji z Finałów, bo nie lubię chaosu i bełkotu, na Światełku do Nieba byłam raz w życiu i pamiętam tylko, że zmarzłam jak pies, a na Woodstoku prawdopodobnie zdechłabym  z nudy (zwłaszcza słuchając Zbigniewa Hołdysa, o nieba!). No i nie wierzę, że dostanie pokojowego Nobla 😉

Tyle, że to wszystko jest nieistotne. Ważne jest to, że mój synek, urodzony miesiąc przed terminem, właśnie dzięki Orkiestrze już w pierwszej dobie życia miał przesiewowe badanie słuchu, a przez kolejnych kilka dni był poddawany skutecznej fototerapii pod lampami z serduszkiem. Że jego nowonarodzeni, acz trochę mniej dorodni, koleżanki i koledzy mogli sobie wesoło leżeć pod cieplarkami, a piętro niżej 600-gramowa wcześniaczka żyła tylko dzięki inkubatorowi z logo Orkiestry. Dziękuję Opatrzności, że Mikrob nie musial i dziękuję jej również za tego pajaca w czerwonych portkach, bo prawdopodobnie dzięki niemu miałby większe szanse.

*Poniżej zdjęcie Mikroba na Hawajach ufundowanych przez WOŚP

IMG_0392

A ponieważ sama jestem beneficjentką działań Orkiestry, a większość zarzutów uważam za chybione, ośmielam się podjąć polemikę z chórem krytykantów, którzy twierdzą, że:

Że WOŚP wyręcza państwo w jego psim obowiązku zapewniania obywatelom opieki zdrowotnej na poziomie. I całe szczęście! Naiwnością jest wierzyć, że bez Orkiestry NFZ wydałby te miliony właśnie na dzieci czy seniorów (zwłaszcza, że ostatnio 15-krotnie obniżył wydatki na opiekę nad wcześniakami, sic!). No chyba, że ktoś popiera cierpienie i umieranie dla zasady.

Że Caritas, przez cały rok i od lat, w cichości swego serca zbiera znacznie więcej i się z tym nie obnosi. Chwała mu za to! Co kto lubi.

Że Finały Orkiestry są plastrem na sumienie i dają Polakom raz do roku rozgrzeszenie z tego, że na co dzień są filantropijni jak Adolf Hitler i dobroczynni jak Feliks Dzierżyński, a woluntarystycznie to umieją co najwyżej wynieść śmieci babci? Pewnie trochę tak jest, ale ponownie zapytuję, co z tego? Nie umniejsza to zasług Orkiestry, a przypuszczam, że ta zachęciła już parę osób do tego, by wrzucić do puszki albo powolontariuszować jeszcze kilka razy w roku.

Że idą na to nasze, podatników, pieniądze (bo transmisje w TVP, zaangażowanie samorządów, wojska, policji, straży pożarnej i ochrona Pani Prezydentowej, jak jej dzieci kleją serduszko). I bardzo dobrze. Na pewno są to lepiej wydane pieniądze niż na sprzątanie po kolejnym Marszu i Antymarszu Niepodległości, ustawce kiboli czy koncercie Madonny (btw, ta się ostatnio popisała).

Że WOŚP jest faworyzowany przez władze i media, a inne szlachetne inicjatywy nigdy nie doprosiły się takiego medialnego szumu.  Nawet jeśli tak jest, choć przykłady Fundacji Anny Dymnej, która ma swój program w TVP, czy Szlachetnej Paczki (tu lista patronów medialnych SZP, że o udziale Prezydenta RP nie wspomnę) nieco jednak temu przeczą , to raczej nie wskutek nikczemnej zmowy układu rząd-media. Powodów jest wiele, ale głównym jest pewnie bezprecedensowa skala przedsięwzięcia i jej rozrywkowy charakter. Po prostu, rock’n’roll sells.

Że Orkiestra się skomercjalizowała i obrendowała– mam to gdzieś. Ja bym wzięła te pieniądze od samego diabła.

Wreszcie, że hałaśliwa i epatująca kolejnymi milionami organizacja charytatywna jest zaprzeczeniem idei dobroczynności, która winna być cicha, skromna i z prawicą nie wiedzącą, co czyni lewica. A jeżeli głośna i jarmarczna dobroczynność jest równie, albo bardziej, skuteczna?  Ja jestem za. Parę milionów Polaków też.

Na zarzuty o egocentryzm i megalomanię Owsiaka, nie chce mi się odpowiadać, bo one nie maja nic do rzeczy, a oskarżeniami o defraudacje czy niejasne powiązania między kwestami Orkiestry a Przystankiem Woodstock się brzydzę, bo nigdy się nie potwierdziły i życzę wszystkim instytucjom takiej finansowej transparentności.

Haters gonna hate, jak mówi staropolskie porzekadło. I proszę mi tu nie mydlić oczu oskarżeniami o szantaż emocjonalny.

My pozdrawiamy wszystkich Orkiestrowiczów (bo WOŚP, nie zapominajmy, to nie tylko Jurek Owsiak).

Sie ma! (niech stracę 😉 Oby Wasza Orkiestra grała do końca świata i o jeden dzień dłużej!

Dziękujemy za już i prosimy o jeszcze 🙂

Boska Matka i Mikrob ze zdrowym uchem

6

Sylwester z bobasem, czyli nie musisz iść spać przed północą

20140101-231522.jpg

Jak będzie wyglądał pierwszy Sylwester po urodzeniu Mikroba nie zastanawiałam się ani chwili, ale pewnie gdybym się zastanowiła, to pomyślałabym, że skromnie i kameralnie, my i TVP2. Tymczasem nic z tych rzeczy! Nasz tegoroczny Sylwester był jednym z najliczniejszych i najbardziej wypasionych w dziejach. Dużo ludzi, dużo jedzenia i solidny dowód na to, że nawet z 3 miesięcznym bobasem można zorganizować i przeżyć radośnie domówkę vel prywatkę aka wjazd ziomali na kwadrat. Pod pewnymi wszak warunkami:

1. Kwadrat jest Twój

Cudowne rozwiązanie, które sprawi, że jeśli tylko zapragniesz opuścić towarzystwo i znaleźć się we własnej sypialni- tadam!- po chwili w niej będziesz. Nigdzie nie jesteś w stanie zabrać tylu czystych ubranek/pieluch/niezastąpionych kaczuszek/bujaczków-usypiaczków/grzechotko-gryzaczków/ulubionych kocyków i wszystkiego tego, co przyda Ci się do pacyfikacji bobasa, który akurat tej nocy na pewno nie zaśnie.

20140101-231533.jpg

2. Zapraszasz przyjaciół, ale takich prawdziwych

Nikt inny nie zniesie takiego stężenia faux pasów, jak oni. Twojej stałej nieobecności na Twojej własnej imprezie, tego że ani Ty, ani ktokolwiek inny nie zrobi im kawy i nie powie, gdzie jest łazienka. Nikt poza nimi nie wybaczy Ci, że będziesz ciągle przyciszać muzykę i psioczyć na petardy w Sylwestra. Nikt inny nie odważy się też wziąć na ręce Mikroba, kiedy wreszcie zechcesz coś zjeść i wypić, i nie będzie przewracać oczami, jak im zarzyga karnawałowy kostium z brokatu. Oni wiedzą, gdzie jest kawa i sami sobie zrobią. A może nawet i Tobie.

20140101-231458.jpg

3. Twoi goście przychodzą z prowiantem

Ty nie masz czasu na gotowanie i zakupy- musisz ogarniać Gnoma i zrobić się na bóstwo. Poza tym, to Ty po wszystkim sprzątasz. Tylko upewnij się, że przyniosą to, co lubisz, bo będziesz to jeść jeszcze przez tydzień po imprezie.

20140101-231603.jpg

4. Choć jeden człowiek poza Tobą (i dzieckiem) zostanie trzeźwy do końca imprezy

Chyba, że lubisz gadać do roślin.

5. Nie będziesz się martwić tym, że bobo nie śpi

Bo spać nie będzie na sto procent.

6. Nie pomyślisz, że wszyscy mają Cię gdzieś

Oni naprawdę sądzą, że skoro karmisz/usypiasz/masz dziecko na ręku, to nie można się do Ciebie zbliżać (albo po prostu Cię nie lubią, więc się wreszcie z tym pogódź).

7. Namówisz wszystkich na przebieranki

Różne kolory i kształty stymulują rozwój mózgu, a poza tym zaraz wyrośnie z tego pajaca-Supermena 😉

20140101-231552.jpg

Boskiego Nowego Roku!